Adam Czetwertyński

Harcerstwo (204) Kuchnia (25) Kultura (279) Polityka (37) Pożegnania (32) Szkoła (74) Varia (109)

March, 2020 w archiwum

Być w szpitalu

W szpitalu leżałem (i to długo) dwanaście lat temu. Operacja była poważna, ale sytuacja, w jakiej się znalazłem, zagrażała mojemu życiu. Tym razem byłem w szpitalu krótko w interesującym momencie “koronawirusowym”. Gdy wchodziłem zarejestrować się w odpowiednim szpitalnym okienku - świat był w miarę normalny. Ot, wstrzymano w szpitalu wizyty. Gdy wychodziłem - na przykład do apteki kolejki ustawiały się już na ulicy. Takie interesujące kolejki, gdy ludzie stali już w pewnych od siebie odległościach.
Nie będę tu pisał o pandemii. Może napiszę nieco później. Będzie o szpitalu. Wyobraźcie sobie budynek postawiony “kiedyś”. Budynek stary. Wielokrotnie przerabiany i modyfikowany. W salach dzwonki do pielęgniarek kiedyś były. Tlen kiedyś był do sal doprowadzany. Jakaś rura ze ściany wystaje. Było prawidłowe oświetlenie i gniazdka. Teraz jedne gniazdka (z poprowdzonymi kablami po ścianach) były czynne. Inne (te z przewodami w ścianach) - bez prądu. Budynek zdecydowanie historyczny. No, jedynie okna były nowe. I prysznice mające nie więcej niż 10 lat. Bo toalety to jedna wielka rozpacz. I jeszcze każde łóżko z innych czasów. Coś nieprawdopodobnego.
Są jednak na naszym oddziale fragmenty wyposażenia z XXI wieku. Na przykład w sali pooperacyjnej urządzenie sprawdzające funkcjonowanie chorego. W pewnym momencie maszynka zaczyna piszczeć. Pacjentka (akurat dotyczy to pacjentki) zaniepokojona. Pielęgniarka podchodzi i mówi: - Niech się pani nie martwi, ta maszyna jest zbyt czuła. - I na tym się kończy informacja. Ale żebym był sprawiedliwy - część operacyjna oddziału jest normalna. Tam o chorego dba się prawidłowo.
Generalnie - można w szpitalu czuć się jak w minionej epoce realnego bardzo socjalizmu. Jeżeli dodać do tego przedziwne śniadania i kolacje (a czasami też dziwne obiady) - czułem się, jakbym trafił do obiektu sprzed 40 lat.
A personel jest, można powiedzieć, mieszany. Raz pielęgniarka w dobrym humorze - jest świetnie. Drugim razem coś ją ugryzło. Salowe jakieś milsze - wszystkie się starają, by jakoś nam się żyło. Lekarze zabiegani, zdecydowanie przepracowani. Ale gdy już jest szansa porozmawiania z którymś z nich, są profesjonalistami, wiedzą, co robią, wiedzą, jak pomagać choremu. Tak jest, wydaje mi się, jak zawsze. Kiedyś i dziś tak samo. Dużo tych pracowników, którzy starają się dobrze a nawet bardzo dobrze wykonywać swoje obowiązki. I ci nieliczni, którzy, przemęczeni, mają wszystkiego dosyć. Trafi się też osoba, która w szpitalu jest przez nieporozumienie. Wtedy słyszę: - Nie, nie przysyłajcie mi jej do pomocy. Wolę sama pracować niż mieć taką pomoc. - Ale to są wyjątki.
Więc co? Dobrze czy źle? Co z tą naszą służbą zdrowia? Na podstawie krótkiego pobytu w jednym szpitalu trudno wydać opinię. Bo gdyby nasz oddział był w nowiusieńkim pawilonie obok, byłoby zupełnie inaczej. Ale na nowy budynek chyba “moja” część szpitala jeszcze trochę poczeka. Oby nie do XXII wieku.

Zosia

Ten tekst napisałem kilka lat temu. Zawierał więcej informacji o Krysi - córce Zosi. Krysia go przeczytała i zakomunikowała, że zrywa ze mną jakiekolwiek kontakty. Tekst zdjąłem ze strony. Niedawno dowiedziałem się, że Krysia niestety zmarła. Dlatego to wspomnienie postanowiłem zamieścić. Nie zawiera zbyt wielu informacji “miękkich”. Mam nadzieję, że Krysia, patrząc na nas z góry, nie będzie już miała do mnie pretensji.

***
W czwartek byłem na pogrzebie Zosi, którą moja Mama nazywała Danusią. Przeżyła 96 lat. Była jedną z tych osób, która w moim życiu istniały od zawsze. Przyjaciółka Mamy. Jeszcze sprzed wojny. Nie, przez wiele lat to nie była bardzo bliska znajomość. Raczej taka codzienna. Zwyczajna. Lata płynęły, Mama się z Zosią raz kontaktowała, później przez jakiś czas nie. Ale wiedzieliśmy o sobie wiele. Czasem aż za wiele. Znały się z Zosią jeszcze z przedwojennego chóru akademickiego. Kto w nim śpiewał. Mama? Zosia? Jej mąż? Pewne jest, że Zosia ze swoim mężem poznali się w chórze przy Kościele Akademickim świętej Anny. A może poznali się w tym chórze cała trójka? I tak pewnie nie dojdę, jak to było. Tyle lat już upłynęło… Kto o tym pamięta?
Po wojnie Zosia z mężem mieszkali na prawdziwej Pradze. Chyba to była Stalowa lub któraś z jej przecznic. Jako dziecko byłem tam nie raz. Stalowa nie była najpiękniejszą ulicą Warszawy. Zosia nie mogła mieć dzieci, ale los sprawił, że jeszcze na Pradze w ich rodzinie pojawiło się maleństwo - Krysia. Wtedy zmienili mieszkanie, dziecko miało swoje wymagania. Ile to ja wtedy miałem lat? Jedenaście? Dwanaście?
Lata płynęły, raz na jakiś czas mieliśmy z Zosią kontakt - cichą, drobną, sympatyczną, mądrą kobietą - zawsze uśmiechniętą, zawsze kulturalną. Zosią - przyjaciółką Mamy. A Krysia była krnąbrną panienką, sprawiała Zosi wiele kłopotów - a jej mąż już nie żył. Cóż, bywają też dzieci trudne.
I kiedyś, a było to wiele lat temu, usłyszałem z wyrzutem od Mamy: - Ależ jaka Krysia. jest cudowną córką. - No tak, bo ja takim synem nie byłem. Niestety. A Krysia na serio się zmieniła i była najlepszą córką na świecie. Najlepszą i najukochańszą. Troskliwą, ciepłą, opiekuńczą. Słyszałem o tym od Mamy nie raz. I tak już trwało przez ostatnie lata. Słyszałem opowieści o Zosi, Krysi i jej mężu, który dość późno w życiu Krysi się pojawił.
Umarła Zosia bez bólu, bez cierpień. Ot, rano poczuła się słabo i przeszła na drugą stronę - do lepszejszego ze światów. Krysia mówiła o tym na cmentarzu. Dobra, spokojna śmierć.
Została pamięć o niej, o jej przed laty zmarłym mężu. Teraz zmarła dobra córka - Krysia. I życie toczy się dalej.

“F” jak fabuła (literki nr 22)

Mój Ulubiony Instruktor zwany pieszczotliwie Mulinem siedział na swym ulubionym fotelu i myślał. Myślenie obok picia kawy jest ulubioną jego czynnością. Nie, żeby myślał tak głęboko, filozoficznie. Nie - po prostu myślał sobie o swojej ulubionej organizacji, której członkowie mają różne pomysły. Na przykład jadą na obóz na Mazury i bawią się w Janosika wraz z jego towarzyszami. Albo jadą na zimowisko w góry (niech to będą Tatry) i tworzą przebogatą, niezwykle interesującą fabułę związaną z oglądanym niedawno filmem fantastycznym. Są więc na obozie szlachetne uczynki - odbieranie bogatym a dawanie biednym. Są rozliczne przygody łącznie z wyprawą do Wiednia. Nie ma (i może dobrze) zawieszania Janosika za żebro na haku. Na zimowisku jest poszukiwanie kamienia szczęścia, piękne elfy i ludojady. Tam członkowie Mulinowej ulubionej organizacji też mają ogromne szczęście, bo ludojady nie zjadają członków organizacji - członkowie ci przestrzegają swoich 10 praw, dlatego są chronieni przed unicestwieniem.
Siedział sobie Mulin w fotelu i zaczął się zastanawiać. Czy kiedyś członkowie jego ulubionej organizacji wymyślą fabułę, którą nazwą “Gra w harcerstwo”. I Mój Ulubiony Instruktor zaczął sobie fantazjować. Wyobraził sobie zastępy, które z porozumieniu z leśniczym polować będą posługując się swoimi ulubionymi komórkami na grubego zwierza - na sarny, na dziki, a może na jakąś drobnicę - lisy, zające czy kuropatwy. Wyobraził sobie, że członkowie jego organizacji na serio będą sobie gotować posiłki na ogniskach lub zbudowanych przez siebie kuchniach polowych. Na serio, czyli przygotowując trzydaniowy obiad… Wyobraził sobie, jak jeden z zastępów leży w nocy na pomoście a oboźny opowiada im o gwiazdozbiorach, które właśnie widzą.
Siedział sobie Mulin i myślał, że pora już wydobyć nastoletnich członków jego ulubionej organizacji z poziomu zuchowych fabułek, często mało logicznych, niepowiązanych z tradycją środowisk, niemających związku z miejscem obozowania, że pora zaprzestać dziwacznych zabaw i zacząć sięgać do źródeł. Autentycznego poznawania przyrody i otaczającego nas świata. Dawania sobie rady w trudnych sytuacjach. Budowania przygody autentycznej, a nie baśniowej, przynależnej najmłodszej gałęzi ulubionej Mulinowej organizacji.
No tak, ale wtedy kadra tej organizacji musiałaby przeczytać “Skauting dla chłopców”, a następnie przenieść pomysły zacnego lorda B-P z dwudziestego do dwudziestego pierwszego wieku. Zaadaptować. Albo musieliby przenieść swą fabułę (czyli jednak fabułę?) o sto lat wstecz i bawić się w prawdziwych skautów / tropicieli / zwiadowców. Trudne zadanie.
Od tego intensywnego myślenia Mulina zaczęła boleć głowa. Nie, pora na kolejną filiżankę kawy…

Rudy

Nie, Rudy nie był rudy, jego imię brzmiało Rudi i był luksemburskim skautem. Jednym z wielu, których znałem, ale z Rudy’m byłem autentycznie zaprzyjaźniony. Poznaliśmy się dawno - na zlocie skautowym w Norwegii. Było to lato 1981 roku. Ze zrozumiałych powodów interesowało się nami wówczas wiele osób. Na jedno z ognisk zaprosiliśmy grupę skautów z niewielkiego i bogatego kraju - Luksemburga. Przewodził im sympatyczny szef “Zielonych Skautów” z Dudelange - właśnie Rudy. Wymieniliśmy adresy. I pozornie się na tym zakończyło. Jakież było moje zdziwienie, gdy - już w stanie wojennym - dostałem informację, iż na Dworcu Gdańskim czeka na mnie przesyłka. To były dwie ogromnie skrzynie z darami dla naszych harcerzy. , darami z Luksemburga. Każdy z prawie setki harcerek i harcerzy naszego szczepu otrzymał paczkę. To były takie czasy, gdy dary w postaci mydła czy czekolady bardzo nas cieszyły. Bo kupić takiego mydła i takiej czekolady kupić przecież nie mogliśmy. Każda paczka była inna, ale wszystkie były wspaniałe. Rudy ze swoimi skautami o nas pamiętał. A spotkaliśmy się tylko raz.
Po kilku latach, jeszcze w minionym ustroju, byliśmy na zlocie skautowym w Luksemburgu. I wtedy odnowiliśmy naszą przyjaźń. Rudy ze swoimi skautami zaprosili nas w kolejnym roku do siebie. Nocowaliśmy w ich domu skautowym. Organizowali pobyt, karmili lepiej niż mieliśmy możliwość jeść w polskich domach. W sumie byliśmy trzy razy w Dudelange, Spotykaliśmy się Rudy’m. Był wspaniałym człowiekiem. Ciągle radosnym, ciągle aktywnym. Oczywiście w latach dziewięćdziesiątych nie był już szefem “Zielonych skautów”, ot, jak wielu starszych panów pomagał w szczepie. W niewielkim miasteczku, jakim jest Dudelange. szczep skautowy liczący około 120 członków i dużą grupę wychowanków to potęga. Także finansowa.
Pełnili bardzo interesującą skautową służbę. W Nepalu sadzili drzewa. Zarabiali i pomagali w ten sposób przyrodzie w dalekim kraju.
Rudy polubił Polskę i naszą organizację. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku był po raz pierwszy na międzynarodowej konferencji organizowanej przez ZHP. I był w Polsce nie jeden raz. Ostatni raz miałem przyjemność spotkać się z Rudy’m dość dawno. Bo w trakcie zlotu ZHP w 2010 roku w Krakowie. Czyli 10 lat temu. Wiedziałem o tragicznych wydarzeniach związanych z jego rodziną. O jego śmierci w lipcu ubiegłego roku nikt mi nie powiedział.
A był to właśnie jeden z tych, który był skautem na całe życie. Żył 77 lat. Zamiast kwiatów można było wpłacić pieniądze, aby posadzić w Nepalu kolejne drzewo.