Adam Czetwertyński

Harcerstwo (208) Kuchnia (25) Kultura (282) Polityka (38) Pożegnania (40) Szkoła (74) Varia (112)

November, 2020 w archiwum

Marina

Marina ma 25 lat. Jest Białorusinką świetnie mówiącą po polsku. Po ukończeniu studiów w Brześciu zaczęła uczyć języka angielskiego czy niemieckiego… Znam ją od lat, bo wychowywała się w harcerstwie. Miejscowym, działającym nieco nieporadnie, popełniającym wiele błędów. Ale Marina jeździła z nami od dawna na obozy, uczyła się metody, zdobyła stopień przewodniczki. Na obozach była kadrą. Jest instruktorką z krwi i kości. Dla swoich harcerzy organizowała nie tak dawno kurs zastępowych. Tam, na Białorusi.
W połowie września wyszła do sklepu w centrum Brześcia. Poszła tam, gdzie tłum manifestował przeciw prezydentowi Łukaszence. Była jedną z tysięcy manifestantów. Kamery miejskiego monitoringu działały. Podskakująca i ciesząca się drobna, szczupła i radosna Marina została sfotografowana… 23 września przyszła po nią milicja. Dziewczyna została aresztowana. Zarzucono jej, iż była organizatorką tej wielkiej manifestacji. Przesłuchiwano raz i drugi. To była końcówka września, kiedy Marina znalazła się w areszcie. Minął październik. Inne osoby aresztowane w tamtych dniach wypuszczono, dziewczyna siedzi już ponad półtora miesiąca. Siedzi, bo włączyła się do manifestacji. Siedzi, bo białoruska władza uważa, iż dziewczyna zagraża miejscowemu ustrojowi, miejscowej władzy.
Tak, Marina wie, co to jest demokracja, sprawiedliwość, prawa człowieka. Uczyła się tego także u nas, w harcerstwie. Jest dziewczyną, która postanowiła, w odróżnieniu od tysięcy jej rówieśników, żyć na Białorusi. Nie chciała wyjechać do Polski, nie chciała wyjechać na Zachód. 13 września 2020 roku chciała pójść do sklepu i chciała wziąć udział w wielkim proteście przeciwko prezydentowi Łukaszence.
Marinę wreszcie wypuszczą. Bo jest niewinna. Ale czy będzie to ta sama dziewczyna, którą znaliśmy? Bardzo bym chciał, aby nie straciła wiary w ludzi i ludzką sprawiedliwość.

Marysia

Kolejne pożegnanie. Tym razem podwójnie smutne, bo Marysia mogłaby jeszcze z nami być, gdyby nie ów paskudny wirus, który zaatakował cały świat. Cynicy powiedzą; - Ale i tak wszyscy przejdziemy ową niewidzialną granicę i (być może) znajdziemy się w tym lepszym ze światów. - Ale wydaje mi się, że lepiej tam przejść później niż wcześniej. Im jestem starszy, tym mocniej taka myśl we mnie tkwi. A koronawirus nikogo nie oszczędza, krąży wokół nas i stara się, abyśmy jak najszybciej ten świat opuścili.
Marysia jest pierwszą znajomą mi osobą, którą covid pozbawił życia. I ten fakt wzmacnia mój smutek. Miała, dla mnie zawsze młoda, 85 lat. To zupełnie surrealistyczne, bo Marysia była po prostu młoda.
Znaliśmy się od dawna, pracowaliśmy razem w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ponad czterdzieści lat temu! Redagowaliśmy książki w jednym wydawnictwie. Mnie było łatwiej, bo znałem ich tematykę, były one drukowane jakby dla mnie. Ale Marysia była w swej pracy perfekcjonistką, bardzo dobrze znajdowała wszelkie autorskie usterki i dzielnie je poprawiała. Znała wszelkie zasady, reguły, przepisy. Nikt jej w wiedzy edytorskiej nie mógł dorównać. Pamiętajmy, że pracowaliśmy wówczas na maszynopisach. Dostawaliśmy kartki papieru, na których mazaliśmy, pisaliśmy, poprawialiśmy. Skreślaliśmy i dopisywaliśmy. Taki maszynopis trafiał do pań maszynistek. One przepisywały go i dawały nam do sczytania. Wtedy najlepiej w dwójkę trzeba było sprawdzić, czy maszynistka wprowadziła wszystkie nasze poprawki, czy nie zrobiła nowych błędów. Marysia na tym etapie i kolejnych była znakomita. Później drukarnia i już czytanie korekty. Nie, nie raz - co najmniej dwa, czasem trzy razy. Nie dziwcie się, że produkcja książki trwała rok.
Nie miała Marysia łatwego życia. Los dotknął ją ciężko, ale wychowywała córkę, ogromną jej radość i nadzieję - taką mała, jak pamiętam, kopię Marysi. Dlatego nie zawsze bawiła się z nami (czasy, jak to w Polsce, były ciekawe), ale gdy mogła, zawsze nam towarzyszyła. Ciągle w uszach, po tylu latach, słyszę jej śmiech. Banalnie go opisując nazwałbym go perlistym. Nikt tak nie potrafił się śmiać jak Marysia.
Jak to w życiu bywa, nasze drogi dawno temu się rozeszły, ona była wydawcą - redaktorem do końca życia, ja poszedłem nieco inną ścieżką. Ale nigdy nie zapomnę Marysi - niedużej, roześmianej, mądrej i dzielnej kobiety.