Adam Czetwertyński » Czerwone światło

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

Czerwone światło

Światło się zapala. Krzyczy: “Uwaga!”. Tak, coś tu wokół mnie nie gra. Patrzę i nie rozumiem. Przecież wcale tak bardzo w naszej organizacji nie zmieniliśmy zasad, reguł, stylu bycia. Ale jednak… Czerwone światło zapłonęło.
Popatrzmy. Dwójka instruktorów chce wziąć urlop i przez kilka dni intensywnie pracować na rzecz ruchu harcerskiego. Są znakomitymi specjalistami od takich właśnie działań, mają wieloletnie doświadczenie, można być pewnym, że osiągną sukces. Lecz ktoś, kto jest postawiony “wyżej”, mówi “nie”. Dlaczego “nie”? Dlatego, bo on, ważny instruktor, tak powiedział. Po prostu “nie”, bo “nie”. Argument, z którym nie da się dyskutować. Taki jest rzeczowy. O co chodzi? O nowe, nieznane reguły? Nie wiem.
Często dyskutujemy w naszej organizacji na temat stylów kierowania. I zawsze dochodzimy do wniosku, że po pierwsze konieczne jest stosowanie podstawowych zasad demokracji i po drugie obowiązuje nas przestrzeganie metody harcerskiej. A więc na przykład niezbędna jest praca w małych grupach (przecież nie dotyczy to wyłącznie zastępów!) na każdym szczeblu - tak w drużynie, jak i w Głównej Kwaterze ZHP. W GK wszyscy jej instruktorzy stanowią jakby drużynę, a może szczep - zbiórka tej drużyny odbywa się przy okazji Wigilii lub Dnia Myśli Braterskiej. A gdzie jej normalne zbiórki robocze? Bo to, że zbiera się “rada drużyny (szczepu)”, czyli statutowa Główna Kwatera, to naprawdę mało.
Jak inaczej jest “na dole”. Jestem od pewnego czasu w mojej macierzystym hufcu członkiem komendy - stanowimy typową małą grupę, ot, taki instruktorski zastęp. Uczestniczą w jej pracach różni zaproszeni goście - a to namiestnicy, a to przewodniczący komisji rewizyjnej. I wszystko dzieje się normalnie. Zupełnie normalnie. Nawet, gdy zabraknie nam czasem na zbiórce naszego komendanta, świat się nie wali, zespół pracuje.
Lecz to na dole. A jak postępują władze? Czy akceptują pogląd, że “nie”, bo “nie”. Czy uważają, że decyzje mogą być podejmowane bez najbardziej zainteresowanych, którzy będą wykonawcami danego zadania? Czy akceptują fakt, iż komuś powiedziano “tu konieczne są zmiany”. I od roku nie wrócono do rozmowy na temat tych zmian? Czy można być przełożonym jakiejś grupy, decydować o niej i za nią, prowadzić jakąś własną politykę, za którą odpowiada owa grupa i spotykać się z nią raz na pół roku. (Zresztą na tej grupy żądanie). Pytania można mnożyć.
Może się czepiam, może nie mam racji. Może system kierowania i system informacji jest wzorcowy, a ja gdzieś z niego wypadłem.
Ale czerwone światło wali mnie po oczach. Dlaczego, pierwszy raz w życiu, widzę przed harcerstwem jakąś kosmiczną katastrofę?



Komentarze wyłączone dla tego wpisu.