Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

Bierność

Od dawna nie pisałem już w dziale “Polityka”. Dlaczego znacznie bardziej zainteresowany jestem kulturą lub harcerstwem? Dlaczego postanowiłem pisywać o tym, co udaje mi się zjeść w warszawskich restauracjach? I dlaczego felietony o bieżącym życiu politycznym jakoś nie są moimi najulubieńszymi? Przecież z upodobaniem oglądam tvn24, czytam prasę, bardzo polityką się interesuję… I jestem członkiem partii.
Wydaje się, że przynależność do partii politycznej zobowiązuje. Partia, będąca ruchem społecznym, ale i sformalizowaną instytucją, posiada swój program, swoje ideały, swój sposób pozyskiwania zwolenników. Członkowie partii ten program wprowadzają w życie, modernizują, unowocześniają. Bronią ideałów, które nie powinny się w partii o określonym obliczu zmieniać, pozyskują zwolenników tak pokazując idee, jak i ów program. tak, tak być powinno. Ale także członek partii powinien być przez partię ceniony, angażowany do pracy, wykorzystywany w sferach, w jakich może działać.
Muszę przyznać, że przez dobrych kilka lat czułem się partii potrzebny a ona mnie. Tylko że to było jakiś czas temu. Dziś nasze drogi nie tyle się rozchodzą, ile zarastają trawą. Partia kroczy jakąś drogą, niby ja tą samą. Ale jakaś ta nasza wspólna droga nie wiedzie nas ku konkretnym celom. A przecież nie jest to tak, że jeszcze pięć lat temu byłem znakomitym znawcą kultury a dziś na niczym się nie znam. To nie jest tak, że niegdyś potrafiłem zabrać głos a dziś jestem niemową. Ale partia mnie nie potrzebuje.
Pytanie, dlaczego? Czasem ktoś zaprosi mnie, abym coś powiedział o szkolnictwie. Tak raz na pół roku. I tyle. Ale gdy przypomnę sobie, jak wydawaliśmy “Socjaldemokratę praskiego”, jak kłóciliśmy się (no, może spieraliśmy) o to, co dla naszej dzielnicy jest najważniejsze, jak próbowaliśmy rozwiązywać problemy naszych mieszkańców, to dziś wydaje mi się, że nie tylko ja partii nie jestem już potrzebny, że ta partia zaczyna być nikomu niepotrzebna. Inne czasy. Oczywiście mówię tu o naszej dzielnicy, o naszych małych problemach, które przez nas rozwiązywane nie są. W efekcie zajmujemy się rozważaniem, kto kogo i kiedy (załatwi, wyforsuje, ustawi…). Może i po to partia jest. Ale, wybaczcie, ja w niej czuję się obco.
PS Felieton ten leżał jakiś czas, nie zawieszałem go. Był napisany przed wyborami parlamentarnymi. Ale zdecydowałem się go opublikować. Może choć troszeczkę odpowiada on na pytanie, dlaczego tak sromotnie poległ SLD w czasie wyborów. Ale temat wart jest rozwinięcia i kontynuowania.



Komentarze

  1. Obserwator
    October 22nd, 2011 | 16:34

    SLD sięgnęło dna dna dzięki swojemu przewodniczącemu.

  2. October 23rd, 2011 | 10:46

    To zbyt prosta diagnoza. Ktoś tego przewodniczącego wybrał, ktoś go wspierał, ktoś mu doradzał. Ci, którzy go wybrali, którzy poparli w walce z Olejniczakiem już nie istnieją? (Co prawda Olejniczak byłby tylko odrobinę lepszy, odrobinę, bo dobrym przewodniczącym też by nie był).

Odpowiedz