Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

Restauracyjny tydzień

Ten restaurant week kusi. Warto spróbować czegoś nowego, jakiegoś nowego dania w nowej restauracji. Restauracyjny tydzień przestaje powoli kusić ceną, bo dla jednej osoby te trzy niewielkie danka, taki zestaw degustacyjny kosztuje już 49 złotych. Co prawda “starzy” uczestnicy weeków dostają 10% zniżki, ale gdy damy kelnerce (kelnerowi też) napiwek, no to nadal pozostaje wydatek około 5100 złotych na dwie osoby.
No ale niech tam - degustacja jest pomysłem super. Zawsze można chcieć wrócić do konkretnego lokalu. Na kolację, na lunch, na kawę z oryginalnym deserem. Nie zawsze to lokal, do którego można wybrać się co tydzień, bo w tygodniu restauracyjnym biorą udział lokale z wyższej i niższej półki. Czasem z całkiem tej najwyższej, dla przeciętnej kieszeni niedostępne.
Stosunkowo dużo wśród licznych propozycji jest kuchni etnicznych, na szczęście nie tylko włoskich. Warto więc na ciekawy obiad, a właściwie obiadek, się wybrać. Może do takiej tajemniczej, która nazywa się “Munja”. Munja to ponoć po serbsku piorun. Ale prowadzi ją rodzina pochodząca z Czarnogóry i jest to generalnie kuchnia bałkańska. Nie będę tu cytował fragmentów karty, spisywał, co można w “Munji” zjeść (lunche po 24 złotych, całkiem przystępna cena). Dostaliśmy (grillowane?) śliwki z jakimś wędzonym mięskiem na czipsach z patatów, był gulasz z jagnięciny (okazuje się, że kajmak to tłusty biały serek), był mus migdałowy… Było to niezwykle ciekawe doświadczenie dla naszych kubków smakowych. Przy gulaszu małe plasterki papryki. Może od nich wzięła się owa nazwa “Piorun”, bo papryka robi rzeczywiście piorunujące wrażenie. Dobre, było to smaczne, chce się tę restaurację odwiedzić jeszcze raz.
Lokal mieści się w nowym wieżowcu. Jest jedną długą kiszką. Ale jak ciekawą! Przy wejściu lodówka z pięknymi kawałkami łososia, z pstrągami na lodzie. I dalej - grill, kuchnia, miejsce przygotowywania różnych dań. Wszystko dzieje się na oczach tych, którzy zajmą stoliki bliżej wejścia. Dalej stoliki, stoliki. Na końcu owego długaśnego lokalu ściana z winami. Jak można przeczytać w karcie - z Czarnogóry. Jakie są te wina? Nie wiem, nie próbowałem. Ale goście przy sąsiednich stolikach wydaje się, że czuli się usatysfakcjonowani.
“Munję” warto jeszcze raz odwiedzić, jedzenie świeżutkie, ciekawe smaki, kelnerki miłe i profesjonalne. Stoliki w lokalu tak ustawione, że chętni mogą siedzieć odgrodzeni od innych, chętni na samym środku przy przejściu (i wtedy obserwować pracę kucharzy). Tak, “Muniję” warto odwiedzić.



Brak komentarzy - bądź pierwszym, który skomentuje.

Odpowiedz