Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (256) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (73) Varia (103)

Druh Andrzej

Odszedł na wieczną wartę kolejny instruktor. To niezwykle banalne znów pisać: taki, który harcerzem był na całe życie. Ale to prawda. Andrzeja bliżej poznałem bardzo późno, gdy zaproponował mi wejście w skład chorągwianej komisji historycznej i przejęcie redagowania “Biuletynu historycznego” Chorągwi Stołecznej. Muszę przyznać, że dzięki temu wydałem kilka bardzo dobrych, moim zdaniem, numerów. Gdy ktoś będzie w przyszłości wspominał moje osiągnięcia, wydaje się, że powinien także napisać o biuletynie.
Andrzej miał trudne zadanie - mobilizować kilkunastu instruktorów w starszym wieku, instruktorów, którzy pamiętali dawne, dobre czasy, aby zechcieli podejmować działanie na rzecz współczesnego harcerstwa. Ale z tym trudnym zadaniem spokojnie sobie radził. Nie, nie mieliśmy pod jego kierownictwem oszałamiających sukcesów - gdy ktoś z nas miał autentyczną pasję, wykazywał inicjatywę, efekty były. Dlatego poza biuletynem wydaliśmy oryginalny materiał - sprawozdania władz przedstawiane na wszystkie, od 1957 roku, konferencje sprawozdawczo-wyborcze/ zjazdy chorągwi. Dla przyszłych historyków dwa tomy nie do przecenienia. To nasze wspólne dzieło - Andrzeja i moje. Ale inicjatywa wyszła z jego strony, to on dostarczał mi materiały, on mobilizował. I, co najważniejsze, przekonał Komendanta Chorągwi do zapłacenia za to wydawnictwo. Gdyby ocenić, który z nas wniósł więcej pracy w opublikowanie tych dwóch tomów, to na pewno Andrzej.
Był księgowym, człowiekiem ułożonym, solidnym, odpowiedzialnym - takim, jakim księgowy być powinien. Od czasu, gdy się z nim zetknąłem, a przecież to miało miejsce pół wieku temu, działał w chorągwi. Pełnił tam różne funkcje. Zawsze z sukcesem. I nie dziwmy się, że w pewnym okresie był także głównym księgowym chorągwi.
Nosił nazwisko, które każdy zapisałby przez “ż”, a ono zaczynało się na “rz”. Był taki moment, kiedy widziałem Andrzeja zdenerwowanego: - Ile razy mam powtarzać, że nazywam się Rzuchowski? - no tak, powtarzać pewnie musiał pewnie wiele razy…
Ponad dziesięć lat temu, gdy byłem radnym Warszawy i aktywnie działałem w komisji kultury, niespodziewanie spotkaliśmy się w Centrum Łowicka. Ja występowałem jako ważny działacz samorządowy, on jako księgowy tego ośrodka kultury. Zdziwiłem się - przecież był w wieku emerytalnym. Dzięki Andrzejowi bliżej zapoznałem się bliżej z działalnością Łowickiej. A było warto.
Tak jak odpowiedzialnie kierował komisją historyczną, tak samo odpowiedzialnie odszedł z tej funkcji. Gdy stan zdrowia nie pozwolił mu na aktywną działalność, znalazł następcę, przekazał kierownictwo. Tak jak powinien uczynić każdy z nas.
Na pogrzebie pożegnali go instruktorzy w wieku seniorackim. Chorągiew wystawiła sztandar. Było skromne pożegnanie, w trakcie którego jego wnuk mówił też o Andrzejowej działalności. Pozostanie po nim dobra, bardzo dobra pamięć.



Brak komentarzy - bądź pierwszym, który skomentuje.

Odpowiedz