Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Ambassadors

Gdzie dla polsko-amerykańskiej publiczności grają Amerykanie w mundurach wojskowych? W którejś z sal Garnizonu Warszawa? W jakimś nowoczesnym pomieszczeniu, ot, na przykład w Teatrze Nowym? A może po prostu w jakimś klubie? Nie. Big band “Ambassadors” Amerykańskich Sił Powietrznych w Europie gra w najpiękniejszej zabytkowej warszawskiej sali - w Teatrze Królewskim w Łazienkach. Spróbujcie uruchomić wyobraźnię. Siedzimy w klasycystycznej sali budowanej dla króla Stasia, zabytek oświeceniowy w najczystszej formie. Malowidła, rzeźby, nawet kurtyna zapowiada, że będą tam grani “Krakowiacy i górale”, że za chwilę rozpocznie się “Powrót posła”. Atmosfera jak z czasów Sejmu Czteroletniego. Nawet ostatnio oglądane przeze mnie w tej sali “Wesele Figara” to opera pasująca do tego teatralnego wnętrza. Tu aniołek, tam iluzjonistyczne malowidło, człowiek czeka, by w loży zasiadło towarzystwo w białych perukach.
I kto pojawia się na scenie, a wypełniona do ostatniego widza sala wita ich burzliwymi oklaskami? Tak, big band - pięknie umundurowany 13-osobowy amerykański objazdowy zespół muzyczny. Jakiś księżycowy surrealizm, od którego mogą zacząć boleć zęby, nie mówiąc o siedzeniach, gdyż sala teatralna w Łazienkach ma wyjątkowo niewygodne twarde ławeczki. I nawet położona na nie poduszka komfortu siedzenia zupełnie nie poprawia.
To, że od niedawna nam panujący dyrektor Łazienek przygarnął Operę nazwaną Królewską, jakoś da się przeboleć, choć zabytkowa sala nie powinna być zbyt intensywnie eksploatowana. Ale big band? Horror i łamanie jakichkolwiek reguł.
I nie zmienia mojej opinii, że ekipa jest profesjonalna, jeździ wszak po Europie występując nie tylko przed amerykańskimi żołnierzami. Nagłośnienia, jakie ze sobą wozi, w Warszawie pewnie w najlepszych klubach i teatrach nie ma. Jak świetnie było ich słychać! Może to także efekt dobrej akustyki tego niewielkiego teatru. Nasi sojusznicy grali więc bardzo dobrze, i standardy, i utwory mniej znane, wokalistka bezbłędna, zabawne wyjście na widownię zachwyciło, nawet “amerykańskie” pożegnanie gości, ściskanie rąk dwóch setek widzów bardzo mi się podobało.
Ale po wyjściu z budynku, gdy patrzy się na pociemniałe niebo nad Parkiem Łazienkowskim, myślę, że jednak jestem tradycjonalistą i tak chciałbym, aby wszystko, co dzieje się wokół nas miało nieco większy sens. Nawet udany koncert.
PS Występ ten odbył się jakiś czas temu, chyba w maju. Felieton leżał (jak kilka innych) niepowieszony na tej stronie. Ale wczoraj K. napisała, że chciałaby coś mojego nowego przeczytać. No to proszę bardzo. Może nie jest to mój najlepszy tekst (dlatego sobie długo leżał), ale chyba najgorszy też nie.



Brak komentarzy - bądź pierwszym, który skomentuje.

Odpowiedz