Adam Czetwertyński

Harcerstwo (204) Kuchnia (25) Kultura (279) Polityka (37) Pożegnania (31) Szkoła (74) Varia (109)

Zbyszek

Było to dawno, dawno temu. Nad jeziorem Łaśmiady koło Ełku spotkało się dwóch instruktorów harcerskich. Jeden z nich był doświadczonym harcmistrzem z Warszawy, komendantem szczepu z tradycją sięgającą 1912 roku. Pracującym w Wydawnictwie Harcerskim (a właściwie wówczas, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, Młodzieżowej Agencji Wydawniczej). Drugi był młodym komendantem Hufca Garwolin, posiadającym groźnego psa. Uważającym, jak to młodzi, że wszystko mu wolno i że zawsze ma rację. Zaiskrzyło. Mocno. Młody garwolinianin zachował się w stosunku do warszawiaka nie fair. Ba, gdyby tylko w stosunku do warszawiaka, ale całego jego środowiska. Utrudnił zorganizowanie szczepowi obozu letniego. A nie musiał. I na dodatek nie poczęstował na swym obozie zupą (choć zupy miał w nadmiarze) i nie pozwolił nam się umyć w jeziorze (a na terenie jego obozu było jedyne dojście do jeziora).
I nie dziw, że druh komendant warszawskiego szczepu od czasu do czasu pisał tu i ówdzie (a potrafił pisać złośliwie i w latach osiemdziesiątych pracował w harcerskim czasopiśmie) na temat druha z Garwolina. Trwało to lat kilka (a obaj komendanci nadal byli komendantami), aż pewnego dnia do Warszawy dotarł list. A w liście, trochę w sposób zakamuflowany, były zamieszczone przeprosiny. Druh z Garwolina uznał, że postąpił niewłaściwie. I proponował zakończenie sporu.
I od tego dnia zaprzyjaźniliśmy się. Zbyszek był wspaniałym, nieprawdopodobnie zaangażowanym instruktorem. Prowadził swój hufiec, można powiedzieć, wzorowo. (Jesteśmy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku). Rozmawialiśmy ze Zbyszkiem jednym językiem. Raz czy drugi zorganizowałem jakąś imprezę w ośrodku hufca w Wildze, raz czy drugi dyskutowaliśmy o ważnych sprawach organizacji. Czasami o sprawach prywatnych. Ot, jak jednym z wielu znajomych instruktorów.
Niesłychanie zmartwiłem się, gdy dowiedziałem się, że Zbyszek leży w szpitalu przy Szaserów. Długo rozmawialiśmy. O chorobach, o życiu. Obiecałem przyjść na festiwal, który Zbyszek współorganizował latem na Rynku Nowego Miasta. Nie przyszedłem, pojechałem nad morze. Dziś oczywiście tego żałuję.
I żałuję, że Zbyszka, człowieka prawego, zaangażowanego, dobrego harcerza, dobrego człowieka nie ma już wśród nas. Miał przecież tylko 65 lat.



Brak komentarzy - bądź pierwszym, który skomentuje.

Odpowiedz