Nie, nie chodzę zbyt szybko, ba, nawet można powiedzieć, że mam kłopoty z poruszaniem się. Nawet niedawno zdarzyło mi się wywalić na prostej drodze. Ot, tak, jezdnia była troszkę nierówna.
Ale na marszu, który nazwałbym spacerkiem, nie mogło mnie zabraknąć. Piszę oczywiście o tym marszu 1 października. Dlaczego poszedłem? Tak po prostu, bo trzeba było tam być. Bo choć w taki skromny sposób można wyrazić sprzeciw. Bo być także za zmianami…
Oczywiście nie przeszedłem od początku do końca. To dla mnie zbyt wiele. Ale i moja rodzina dołączyła do marszu. Tyle że szli znacznie dłużej. Gdy myśmy docierali do maszerujących – w drugą stronę, od głównego nurtu ciekł potok tych, którzy przeszli swoje dwa kilometry i z dalszego marszu zrezygnowali. Myśmy weszli na ich miejsce. Z nami spora grupa kolejnych uczestników manifestacji.
Gdy myślę, jak to było z liczeniem uczestników, to wydaje mi się, że nikt nie zechciał doliczyć tych, którzy przeszli kilometr, dwa, trzy. I już ich na końcu nie było.
Co? Opisywać atmosferę? Opisywać uśmiechy? Radość ze wspólnego bycia w tamtym miejscu? No nie, banał na banale. Nie uchodzi.
Chciałem tylko odnotować, że byłem. Ja też.