Mam pewien kłopot. Ta strona stała się jakaś nostalgiczno-wspomnieniowa. Bardzo często piszę o tych, którzy przeszli już cienką granicę i znaleźli się w lepszym ponoć ze światów. I piszę o nich rzeczy przyjemne, wspominam ich z najlepszej, jak umiem strony. Pamiętam, że o zmarłych piszemy dobrze albo wcale.
I dostaję wiadomość, że umarła I. Lubiłem ją, nieco ode mnie starsza, ale sympatyczna, liderka w swoim środowisku harcerskim. Wspominać ją? Można. Tylko że pierwsze wspomnienie, jakie przyszło mi do głowy, gdy dowiedziałem się o jej śmierci, było mało harcerskie.
Obozowaliśmy gdzieś na Mazurach. Ja byłem komendantem zgrupowania, I. prowadziła w nim obóz. Zabrała ze sobą męża-cywila. Któregoś dnia pytam I., gdzie jej mąż jest, coś od niego chciałem. Odpowiedź dostałem szokującą: – Poszedł do sklepu po flaszkę. – Zlekceważyłem tę informację, uznałem ją za żart.
Jednak to nie był żart – wieczorem po ognisku I. zaprosiła mnie do swojego namiotu. A tam rzeczywiście otwarta butelka wódki. Nie, nie wziąłem udziału w alkoholowym spotkaniu. I byłem w trudnej sytuacji. Nie mogłem wyrzucić I. z obozu, bo starsza, bo to może mąż ją namówił do picia, a może ona nie piła, tylko jej mąż, bo nie miałem kim ją zastąpić. Bo pierwszy raz w życiu spotkałem się z taką sytuacją. I. do końca swój obóz prowadziła.
Po powrocie do Warszawy rozmawiam z jednym ze starszych instruktorów. – No wiesz, ona chyba jest alkoholiczką.
Ten obóz był dla mnie szkołą życia. A wydarzenie to wiele mi na przyszłość dało. Trzy razy na różnych obozach bez zmrużenia oka wyrzuciłem kilku instruktorów za picie alkoholu. Raz nawet to były trzy osoby – kadra zgrupowania. Wydoroślałem, wiedziałem, jak postąpić.
A I. żyła ponad 80 lat, instruktorką harcerską przestała być dawno, dawno temu. Naprawdę sympatyczna osoba. Niech spoczywa w spokoju.