Bertold Brecht. Człowiek – instytucja, na pewno jeden z najwybitniejszych dramaturgów XX wieku. Człowiek o ciekawym życiorysie, rozdarty między kapitalizmem a komunizmem, człowiek z pozoru mało atrakcyjny, a prowadzący bujne życie erotyczne, kochany przez kobiety.
Sztuka pokazująca Brechta, a właściwie otaczających go ludzi, w tym ‘oficjalną’ żonę i byłą kochankę oraz naszego młodego wówczas reżysera Konrada Swinarskiego nie jest bardzo interesująca. Sam Brecht pokazany jest jako manekin lub garnitur już po śmierci. Najważniejsze są relacje między kobietami, z których najważniejszą rolę ma alkoholiczka, która jest zamykana co jakiś czas do szpitala psychiatrycznego Ruth Berlau. Trudna, ale i satysfakcjonująca rola Beaty Fudalej. Ale dalej, choć autor i zarazem reżyser stara się wzbudzić nasze emocje – siedząc na widowni mówimy sobie – To jest tylko teatr, to nie działo się naprawdę, te maski pośmiertne Brechta, rozdeptywane przez żonę, to jakaś symbolika. Wrażenie robi rozmowa między pięcioma kochankami i żoną. Tak, tam jest prawdziwy kawałek teatru. Ale ten Swinarski, te komunistyczne wstawki, bo to przecież NRD w roku 1955/56, jakoś nie robią wrażenia.
Czy warto było wybrać się do teatru na Skórę Węża? Tak. Choćby z powodu kilku scen i przypomnienia sobie, że nie jeden Słowacki wielkim artystą był. Brecht też.