Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

April, 2010 w archiwum

Co z tą strategią?

Banał. Jesteśmy bardzo różni. Różne drużyny, różne hufce, różne chorągwie. Nie ma dwóch takich samych środowisk. naprawdę niczego nowego tu nie odkrywam. Prowadzimy różne obozy, jedne w bazach, inne wprost w lesie. Różne rajdy, zloty, zbiórki. Na przykład z fabułą lub bez (te pierwsze na pewno są bardziej atrakcyjne). Różne kursy. Mamy członków pochodzących z tak różnych środowisk…
Jeżeli tak jest, to dlaczego równocześnie dążymy do takiej ostrej unifikacji, do przestrzegania zasad, które rosną nam jak grzyby po deszczu. Chcemy mieć jedną strategię, jednakowe wymagania na stopnie, jednakowe regulaminy, także identyczne mundury. Fakt, jesteśmy organizacją, ale ta ilość przepisów (piszę ilość, bo są one nieprzeliczalne) chyba nas przerasta. Zastanawiam się, jak się ma nasza teoria do praktyki. O realizacji metody harcerskiej (a raczej nierealizacji) napisano już tak wiele. Rozwijanie tego wątku wcale odkrywcze nie jest. Więc kilka słów o strategii, która gdzieś się sprawdza, gdzieś jest realizowana (w pojedynczych chorągwiach czy hufcach) a w wielu środowiskach nikt o niej nie chce pamiętać. Trudny problem z tą naszą strategią - niegdyś pomysłem nowatorskim, dziś jakby realizowanym w wielu firmach z dużymi sukcesami. U nas nie. Co z nią zrobić? Chyba nie wiemy.
Dlatego, wydaje mi się, nasze poprzednie naczelnictwo Związku nie podjęło się trudu przygotowania na grudniowy Zjazd projektu zmian w strategii. W efekcie Zjazd podjął uchwałę, w której czytamy:
XXXVI Zjazd ZHP zobowiązuje:
Główną Kwaterę ZHP oraz komendy chorągwi do przeprowadzenia badania realizacji Strategii rozwoju Związku Harcerstwa Polskiego do roku 2009 - w terminie do 31 maja 2010 r.
Dalej jest mowa o trybie przygotowania nowej strategii i zjeździe programowym w roku 2011.
Zjazd podjął więc decyzję “na krótkie odczekanie”. Nie mając projektu nowej strategii nie mógł inaczej postąpić. Ale dał nowej (czyli właściwie starej) Głównej Kwaterze tylko półroczny termin oceny realizacji aktualnej strategii. Czas płynie, jak to się ładnie mówi - nieubłaganie. Mamy początek kwietnia, czyli do zakończenia badań pozostało około półtora miesiąca. Piszę - do zakończenia badań. Tylko czy ktokolwiek badania te rozpoczął? Nie wiem, nie słyszałem, nie widziałem. Cisza. Główna Kwatera bada strategię tajnie? I wszystkie komendy chorągwi także? Żarty.
Więc jak to jest z naszą strategią? Czy na pewno, jak zapisano w uchwale: XXXVI Zjazd ZHP podkreśla znaczenie Strategii rozwoju ZHP jako najważniejszego dokumentu, określającego cele działania ZHP w danym okresie.
Mamy więc bardzo dużo bardzo ważnych dokumentów, przepisów, zasad. Wymyślamy nowe, zmieniamy stare. A jak nam zależy na ich jakości - świadczy zapał, z jakim realizujemy uchwałę zjazdu. Kochani, co z tą strategią?
PS Po napisaniu tego tekstu otrzymałem informację - jest zespół, pracuje, już nawet na ten temat przekazywał informację Radzie Naczelnej. Czepiam się? Oj, nie. Jest temat, nadal jest temat informowania Związku o tym, co się na szczeblu centralnym dzieje. Wybaczcie, będę się czepiał i równocześnie robił wszystko, by poprawiać przepływ informacji w ZHP. Mam nadzieję, że jakiś sukces osiągnę.

Kubuś, czyli wielkie rozczarowanie

W Och-teatrze kolejna premiera - opowieść o Kubusiu Fataliście. Biegłem do teatru z radością, pamiętając staruteńkie przedstawienie (ile to już lat temu? najstarsi ludzie tego nie pamiętają) z Zapasiewiczem w roli głównej. W dodatku dla mnie była to pierwsza wizyta w nowym teatrze Krystyny Jandy. (Nie, nie mówcie, że nie wiem, iż formalnie szefuje tej scenie Maria Seweryn - wiem o tym doskonale). I jeszcze ta świadomość, że będę siedział z jednej z dwóch stron widowni - i nie wiadomo, czy z tej lepszej.
Za wystawienie Kubusia zabrali się aktorzy Teatru Montownia. Od lat są świetni. Od “Zabawy” i “Szelmostw Skapena” poczynając (pisałem o nich w tych zapiskach?) na “Kamieniach w kieszeniach” i “Utworze sentymentalnym na czterech aktorów” kończąc. Świetni aktorzy, z doskonałym warsztatem, bardzo dobrze potrafiący złapać kontakt z publicznością. Potrafiący w czasie jednego przedstawienia przeobrażać się, grając na raz kilka postaci. Do takiego przedstawienia (które przecież musi być rozbite na odrębne scenki i mieć wielu bohaterów) idealni.
Czym jest owa powieść Diderota? Wiemy - powiastką filozoficzną, w której autor ustami Kubusia Fatalisty tłumaczy nam, że wszystko jest zapisane w górze, równocześnie pokazując, że tak naprawdę wszystko zależy od nas - ludzi.
Inscenizacja “Kubusia” nie jest łatwa - przecież to dialogi nieukładające się w pełna akcję. Trudne do napisania z nich atrakcyjnego scenariusza. Ten w Teatrze Montownia jest ciekawy, cały czas powinniśmy więc być zaintrygowani, czym zakończy się przygoda tytułowego bohatera i jego pana. Bo my, widzowie, jesteśmy pełni dobrej woli, ale cóż z tego…
Przedstawienie ciągnie się niemiłosiernie, choć trwa dość krótko. Cóż z tego, ze zapisane coś jest w górze, jeżeli aktorzy nas nie bawią. Czy wynika to z opowieści erotycznych, które pozostają tylko opowieściami? A może z faktu, ze postacie mylą nam się (pisałem, że jeden aktor musi grać kilka ról) i w pewnym momencie staje się to nużące? A może z faktu, że aktor nie może grać wprost do widza, gdyż musi pamiętać, iż widz znajduje się nie tylko przed nim, ale i za nim? A może konwencja przebieranek, tak dobrze wykorzystana w “Kamieniach w kieszeniach”, już przestaje bawić?
Po wyjściu z teatru czułem się zmęczony, na pewno mnie widowisko ani nie bawiło, ani nie zmusiło do myślenia. No, ale, jak wiemy, wszystko zostało zapisane w górze. Tak być miało. Miało być wielkie rozczarowanie.