Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

November, 2017 w archiwum

Zamachowski

Jak nazywać to wydarzenie? Koncert? Recital? Występ? Godzina z…? Nie wiem. Było to spotkanie ze Zbigniewem Zamachowskim zorganizowane przez Akademię Teatralną. Choć może to po prostu recital, z którym Zbigniew Zamachowski objeżdża Polskę i właśnie wpadł do Warszawy. Czasami tak mówił.
Zapowiadano ten spektakl dość szumnie - pierwszy z występów Mistrzów, aktorów związanych z AT. Teatr Collegium Nobilium nieco zmienia, rozwija swój repertuar, poza spektaklami - prezentacjami studenckimi - jeszcze mają być pokazywane inne formy. Więc na pierwszy ogień - mistrzowie. Sala pełna, bilety w cenach porównywalnych z tymi z Teatru Narodowego (bo na co dzień są niższe). Na widowni pani z miasteczka, gdzie się Mistrz urodził i grupka jego studentów. Ale większość to starsi państwo. Jak w rodzinie.
Napiszę od razu - to był bardzo udany wieczór. Dobra atmosfera, dobry występ.
O Zbigniewie Zamachowskim ostatnio czytamy w prasie dość popularnej, gdyż znany nam wszystkim aktor ma jakieś jakichś konflikty z byłą żoną, z dziećmi, nie płaci alimentów, jego aktualna żona też się w różnych sprawach wypowiada - ot, sytuacja typowego celebryty. Dlatego też z tego powodu warto było Zamachowskiego posłuchać. Przecież o nim się mówi!
Co mnie w ciągu tej godziny urzekło? Po pierwsze dystans aktora do samego siebie - bo niski, bo tyje. I spokojnie o tym mówi. Po drugie, bo jego dowcipy, żarty opowiadane ze sceny były kulturalne, sympatyczne. Był zdecydowanie w nienajlepszej formie głosowej, ale bardzo dobrze zaśpiewał wszystkie piosenki. Robi to profesjonalnie. bardzo profesjonalnie. A piosenki, tak jak i dowcipy, są miłe, do słuchania. Osiecka, Okudżawa, Przybora… To ten poziom autorów, których wszyscy cenimy. No i córka Maria na scenie - śpiewa poprawnie. Chce z ojcem śpiewać. A na widowni, przywoływany dwukrotnie syn.
Trochę czekam, co tam na Miodowej wymyślą nowego. Bo to, że wymyślą, to pewne. Który profesor Akademii Teatralnej pojawi się na scenie?

Zjazdowe refleksje

Felieton ten napisałem do miesięcznika “Czuwaj”, ale zdecydowałem, że w naszym piśmie instruktorskim zamieszczę inny tekst. Pozostał mi felieton, który jednak wart jest upowszechnienia.

Tak jest za każdym razem od czasu, gdy aktywnie uczestniczę w zjazdach ZHP, a to już będzie około 40 lat. Najważniejszą częścią zjazdu są wybory władz. Podejrzewam, że wcześniej było podobnie. I choć przed laty wszystkie władze były z góry znane, kandydaci zaproponowani przez tzw. komisję matkę, czyli komisję wyborczą, zawsze we władzach się znaleźli, to dreszczyk emocji zawsze wyborom towarzyszył.
Przypomnę, że w minionej niesłusznej epoce przyjęte zostało, że władze ZHP dotyka tzw. nomenklatura, a to znaczyło, że naczelnik ZHP (przewodniczącego jeszcze w organizacji nie wybieraliśmy) był jeszcze przed wyborami zatwierdzany w Komitecie Centralnym PZPR. (Komendanci chorągwi i hufców też – odpowiednio w komitetach wojewódzkich i powiatowych. Może czytaliście w którymś z moich felietonów wspomnienie, jak na jednym ze zjazdów – nazywaliśmy je konferencjami sprawozdawczo-wyborczymi - Chorągwi Stołecznej wybraliśmy komendantkę, która przez władze partyjne zatwierdzona wcześniej nie była. Kandydat, ten uzgodniony w komitecie, przepadł w głosowaniu. Na szczęście partia nie zaprotestowała, choć był to szok dla wielu instruktorów – druha, którego popierała PZPR, nie wybrano!).
Wybory były zatem najważniejsze, ale i w tamtych czasach uchwały przyjmowane były w spokoju, były dopracowane i wcześniej dobrze zredagowane.
Lecz od VII Zjazdu ZHP (uważam, że najważniejszego w historii ZHP – większość instruktorów tak nie myśli), czyli od wiosny 1981 r., emocje rosły. Najpierw dotyczyły one spraw ideowych (tu powinienem rozwinąć akapit o kręgach instruktorskich imienia Andrzeja Małkowskiego, o płaskim węźle i wyszywanej na instruktorskich lilijkach liczbie 10). Później, po roku 1989 – także emocje zaczęły dotyczyć też spraw personalnych. Zjazd bydgoski, gdy wybraliśmy druha Mirowskiego na przewodniczącego, jest tu doskonałym przykładem. Byłem na tym zjeździe przewodniczącym komisji uchwał i wniosków. Wydawałoby się – bardzo ważnej komisji. Pracowaliśmy nad uchwałami w przełomowym momencie funkcjonowania organizacji. Bo w tamtym momencie historii Polski było to być albo nie być naszego ZHP. I okazało się, że rola „mojej” komisji była marginesowa. Nie dlatego, że uchwały były nieważne. Nie. Po prostu sprawy personalne, obecność „bandy czworga” (z jej ekipy, poza przewodniczącym hm. Stefanem Mirowskim, wiceprzewodniczącą ZHP została hm. Anna Zawadzka – siostra „Zośki”), wybór młodziutkiego Rysia Pacławskiego na naczelnika, świadomość wagi podstawowych decyzji zjazdowych, rozumienie, że bierzemy udział w bardzo ważnym wydarzeniu, spowodowały, że komisja uchwał stawała się prawie zbędna. A to, co dawaliśmy zjazdowi do przegłosowania, było prawie bez zbędnych dyskusji przegłosowywane. Ale na tym zjeździe proporcje się zmieniły. Walka o władzę stawała się coraz ważniejsza.
Nie, nie będę opisywał przebiegu poszczególnych zjazdów, gdy wybierano naczelników i przewodniczących. Zwracam tylko po raz kolejny uwagę, że tymi wyborami pasjonujemy się – jak mało ważne są decyzje programowe czy strategiczne. Tak być musi.
Na tegorocznym grudniowym zjeździe mamy komfortową sytuację. Troje kandydatów na Przewodniczącego, troje kandydatów na Naczelnika. Wiemy o nich bardzo wiele, mogli się zaprezentować – także w tym numerze „Czuwaj”. Wybory powinny być dość proste, bo jeszcze przed zjazdem każdy z delegatów ma prawdopodobnie swojego faworyta. I wie, jak będzie głosował, gdy dojdzie do drugiej tury głosowań.
Może więc będzie tym razem czas na autentyczną rozmowę o Związku? O tym drużynowym, który jest w centrum uwagi? O metodzie harcerskiej i jej stosowaniu? Zobaczymy.

One i oni

Nasz pradziadek hrabia Fredro potrafił nas, dorosłych, bawić. Pisywał nie tylko moralizujące, zabawne komedyjki w rodzaju “Zemsty” czy “Ślubów panieńskich”, komedyjki, które weszły do kanonu lektur szkolnych i każdy uczeń w Polsce coś na temat Papkina i jego krokodyla może zeznać. Pisywał także teksty dla dorosłych, bardziej drapieżne, ostrzejsze, z mocniejszym wydobyciem wątków erotycznych. (Z jakim trudem reżyser w Teatrze Narodowym starał się kilka lat temu w swej świetnej inscenizacji (widzowie siedzą na scenie - pamiętacie?) pokazać niemoralne zachowanie Wacława. Ale musiał pokombinować!
W “Mężu i żonie” kombinować nie trzeba. Niemoralność płynie ostrym strumieniem. Bohaterowie tworzą nie tyle trójkąt, ile czworokąt małżeński. On i ona, ten trzeci i panna służąca, która jest kochanką obu panów. Zabawne, wieloznaczne, komiczne, ale i tragikomiczne. W zwierciadełku odbija się świat I połowy XIX wieku, ale i okazuje się, że i nasz. Bo niczym, ale absolutnie niczym nie różnimy się dziś od tamtych mężów, żon i ich kochanków.
Na malutkiej scenie przy Magazynowej grają tę komedyjkę. Ciekawie, bo uwspółcześniając ją prostym rekwizytem - telefonem komórkowym, którym przesyłać można długie listy miłosne, przekazywać informacje, mieć w nich zdjęcia… W zaproponowanej nam zabawie ostry seks jest tylko opowiedziany, nagości w widowisku nie uświadczysz, ale o owej nagości, a właściwie erotyzmie jest mowa w co trzecim zdaniu.
Na malutkiej scenie przy Magazynowej grają aktorzy, powiedzmy sobie szczerze - mało śliczni. I wcale nam to nie przeszkadza. Przecież to utwór uniwersalny, bo na tej scenie jesteśmy my - widzowie Teatru Druga Strefa, nasze marzenia, zachowania, problemy. Wszystko jak w pigułce - podane jako lekarstwo - bardzo sprawnie.
Tu dygresja - jakiś czas nie było mnie w tej części Mokotowa. I muszę przyznać - jakaż tam zaszła kolosalna zmiana! Nie tak dawno szło się do teatru jakąś podmiejską uliczką, przy której straszyły okropne płoty i za tymi płotami koszmarny bałagan. A dziś idziemy obok ładnych apartamentowców, niektóre z nich są ślicznie podświetlone. Po prostu Europa. Baraczek teatru, który niegdyś wpasowywał się w otoczenie, zaczyna razić. Niegdyś był piękny w swej brzydocie.
A “Mąż i żona” wystawiony dobrze, wieczór można uznać za udany. Zostaliśmy skutecznie przekonani, że nie tędy droga do szczęścia.

Słobodzianek edukator

Dyrektor Teatru Dramatycznego (czy powinienem napisać Teatrów Dramatycznych) jest znanym edukatorem. Tak prowadzi swoje sceny, aby kolejne przedstawienia miały w jego teatrze (teatrach) znaczne walory dydaktyczne. Przypomnijmy na przykład “Naszą klasę”, nawiązującą wprost do tragedii w Jedwabnem, z jej nachalnym przesłaniem. Albo komedyjkę muzyczną “Exterminator”. Dlatego nie dziwi, że “Kinky Boots” ma również zmieniać nasze postawy, że wychowuje nas - widzów. A że musicale cieszą się ogromną popularnością, nie dziwi, że można tu upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Uczyć i bawić.
Cóż, nie jesteśmy narodem tolerancyjnym, a tu do autentycznej tolerancji na każde zjawisko związane z naszą płciowością autorzy widowiska nas namawiają.
Bo czym jest ckliwa opowiastka o zbankrutowanej fabryce obuwia? Opowieścią o przyjaźni? I o rodzącej się miłości? A może o koszmarnym kapitalizmie, gdzie wielkie firmy zabijają firmy małe. I o tym, że każda mała firma ma szanse na znalezienie sobie jakiejś niszy i produkowania czegoś nowego, odkrywczego, czegoś, co jednak znajdzie nabywców. Autorzy widowiska wciskają nam prościusieńko i naiwnie wszystko, co w ciągu dwóch i pół godziny wcisnąć się da.
Jest to przedstawienie, które da się oglądać, choć oczywiście po zawiązaniu akcji wiemy, co się wydarzy i jak się poszczególne wątki zamkną. No bo narzeczoną główny bohater zmieni na “tę właściwą” dziewczynę. Bo główny “zły” (taki trochę zły) bohater zrozumie, że można polubić mężczyznę, który lubi chodzić w kobiecych ubraniach, ba, że ta chłopobaba jest od niego silniejsza, choć jakaś taka mikrusowata. Wcale się nie martwimy, że fabryka obuwia zbankrutuje, bo od początku wiemy, że uda się ją uratować. A to, że nie każdy nowy but jest doskonały? Wiadomo, że poprawiony zostanie.
Pozachwycajmy się jak zwykle - mamy bardzo dobrych aktorów. Potrafią grać bohaterów każdej płci. W pewnym momencie można poczuć się jak w teatrze Szekspira. I mamy pełną ułudę - prawdziwy teatr, który lubię.
“Kinky Boots” dobrze się ogląda, bo to lekkie, łatwe w odbiorze, przyjemne przedstawienie.

Miło i prosto

Bardzo lubię chodzić na koncerty muzyki łatwej, prostej, znanej. Piszę oczywiście o tzw. muzyce poważnej. Takie wymarzone były tegoroczne krótkie (bo to norma) koncerty na niedawnych warszawskich Szalonych Dniach Muzyki. Była to muzyka taneczna czy też muzyka do tańca, ale jak świetnie wybrana i jak na kilkudziesięciu godzinnych koncertach prezentowana! Słuchałem tylko kilku i byłem zachwycony.
Tym razem - pod koniec października - miło i prosto było w Sztokholmie. Sala miejscowej filharmonii mieści ponad dwa tysiące widzów. Koncert grany jest dwukrotnie - w środę i czwartek. I na sali prawie komplet słuchaczy. Fakt - średnia wieku to ponad 60 (skromnie licząc) lat. A więc koncert dla dwóch tysięcy szwedzkich emerytów. Młodzieży nie widać, ci najmłodsi mówią po angielsku - turyści.
Przed koncertem jesteśmy zaproszeni na schody. Dostajemy podkładki do siedzenia i uczestniczymy w wykładzie, a może gawędzie, o melodiach, o kompozytorach, których muzyki za chwilę będziemy słuchać. Na zakończenie tekstu “Wojny i pokoju”, bo muzyka bardzo ściśle łączy się z powieścią Tołstoja. Nie, nie siedzi nas na schodach dwa tysiące, raczej dwie setki.
Na koncercie było miło i prosto. Rosyjski dyrygent Siemion Byczkow - urodzony i wykształcony w Leningradzie. W encyklopediach przeczytamy, że to dyrygent amerykański. No tak, jeżeli od czterdziestu lat przede wszystkim dyryguje w Stanach i tam ma stałe mieszka - niech będzie amerykański. Dyryguje swobodnie, bez napięcia, jakby na luzie. Królewska orkiestra symfoniczna gra bezbłędnie. Najpierw Glinka. A później koncert skrzypcowy (nr 5) Mozarta. Gra go 16-latek! Genialne dziecko Daniel Lozakovich. Koncertuje od ósmego roku życia! Urodzony co prawda w Sztokholmie, ale jest młodzieńcem światowym i ze Szwecją niewiele ma wspólnego. Gra ładnie, swobodnie. Widać, że pomimo młodego wieku jest obeznany z estradą i taki koncert jest dla niego czymś codziennym. Na bis krótki utwór… Bacha. Ale Bach na skrzypcach nie zachwyca.
Po przerwie Czajkowski. Bo wieczór taki bardziej rosyjski. Orkiestra bezbłędna, dyrygent też. Czego chcieć więcej? Obok mnie starszy pan śpi spokojnie, pomimo że bębny i talerze grzmią często. Cóż, może trzeba wnukom powiedzieć, że się było w kulturalnym miejscu, może wnuki nie będą zbyt dociekliwie pytać o wykonawców.
Ale bez żartów - to był bardzo udany wieczór.