Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

November, 2008 w archiwum

Anna K.

Schemat jak ze współczesnych seriali albo powieści (kto to pamięta?) dla kucharek. Ona i ich dwóch. Mąż i kochanek. Każdy ma swoje zalety i każdy ma wady. Którego wybrać? Kobieta na rozdrożu wybiera trzecią drogę - samobójstwo. “Anna Karenina” Tołstoja - piękna, zaczytywana powieść o Rosji, o rosyjskiej duszy - tym razem kobiety.
Biorąc jako podstawę akcję powieści współczesny rosyjski kompozytor (skądinąd mąż Mai Plisieckiej) Rodion Szczedrin skomponował bardzo klasyczny i bardzo przemawiający w wymowie balet. Przeprowadził bohaterkę od sceny z wypadkiem na stacji kolejowej do tragicznego końca kobiety, która nie potrafiła już dłużej żyć w sytuacji żony i kochanki.
Niedawno na scenie Teatru Wielkiego odbyła się premiera tegoż baletu. Połączona ona została z uroczystościami urodzin jednej z największych tancerek świata. Plisiecka ukończyła 83 lata. Gdy wyszła na scenę, wydawało się, że niczym nie różni się od tancerek o kilkadziesiąt lat od niej młodszych. Wyglądem, uśmiechem, gestem.
A sam balet? Świetna dekoracja. Aktualne możliwości techniczne - rzucanie na scenę obrazów multimedialnych upraszcza scenografię, ale (co za paradoks) ją wzbogaca. Po “niebie” mkną chmury, przenosimy się bez autentycznej zmiany dekoracji z miejsca na miejsce. Wystarczą skromne rekwizyty, symboliczna brama do hipodromu czy biurko Karenina. Przepraszam - jest jeszcze “prawdziwy” wagon mknący między Moskwą a Petersburgiem. Najmniej udany element scenografii, pokazujący jednak możliwości sceny. Był wielki byk z “Carmen”, może być wielki wagon z “Kareniny”.
Doskonała orkiestra. Szczedrin chyba autentycznie ze sceny wielokrotnie gratulował Orkiestrze Teatru Wielkiego za znakomite wykonanie dzieła. A balet? Balet wykonał swoje zadanie. Soliści także. Cóż. Jakiś kryzys, kryzysik w zespole taki laik jak ja widzi. Tańczono dobrze, bardzo dobrze, ale żaden z tancerzy nie porwał publiczności, żaden układ nie rzucił nas na kolana. Może nasłuchałem się nieprawdziwych sądów i teraz je powtarzam? Zobaczymy, jak będzie na następnej premierze. Zobaczymy.

Czytajcie “Czuwaj”

Niedawno wpadła mi w ręce kartka papieru zawierająca wnioski spisane w czasie jednej z wielu dyskusji, jakie toczą się w naszej organizacji. Tym razem między innymi rozmawiano o prasie harcerskiej, w tym czytelnictwie “Czuwaj”. Punkt wyjścia w tej dyskusji był porażający. Stwierdzono, że instruktorzy, to znaczy oni - dyskutanci - “Czuwaj” nie czytają, ponieważ pismo to jest niedobre, nieciekawe i niewiele instruktorom harcerskim daje.
Dlaczego punkt wyjścia był dla mnie porażający? Przecież to nie było tak, że zacne grono instruktorów przeczytało przed rokiem kilka numerów i stwierdziło, co stwierdziło. Nie było tak, że część z tych instruktorów napisała listy do redakcji, postulując daleko idące zmiany. Nie było też tak, że organizatorzy dyskusji dali jej uczestnikom kilka numerów do przejrzenia i na temat zamieszczonych tam tekstów rozmawiali. Oni po prostu z góry, a priori wiedzieli, wiedzieli lepiej. “Czuwaj” jest złe, i już.
Pytam więc, jak zmieniać pismo zgodnie z instruktorskimi potrzebami? Nie jak tworzyć nowe, tylko modernizować to, które w przyszłym miesiącu osiągnie liczbę 250 numerów?
Ostatnio usłyszałem komplement: - Gdy ty redagowałeś “Czuwaj”, to pismo było lepsze. - No tak, ja mógłbym to powiedzieć, ale nie kolejna osoba, która dziś naszego pisma nie miewa w ręku. (Kiedyś pewna druhna w przypływie szczerości powiedziała, że nie chce czytać “Czuwaj”, gdyż mnie nie lubi, ale to jakby inna historia. Bo czy jest ktoś, kto nie lubi Grzesia?).
Gdy zdjęto mnie z funkcji naczelnego, uczyniono to pod hasłem: “Redagować muszą młodzi”. Dziś takiego hasła nie słyszałem. Ale uwagi, jakie do mnie docierają, brzmią mnie więcej tak: “Pismo musi być inne, bo ma być inne”. Albo: “Więcej metodyki” lub “Więcej praktyki”, lub “Ile razy można o tym samym” itd., itd. Nie ma konkretów, tematów, propozycji nowych cykli…
Czy ja bym coś zmienił, gdyby ktoś dziś postawił mnie na tę funkcję? Oczywiście. Stworzyłbym sieć współpracowników w każdej chorągwi, w każdym numerze zamieszczałbym wywiad z ważnym lub ciekawym (czasami ważnym i zarazem ciekawym) instruktorem, może próbowałbym podpowiadać, jak dobrze prowadzić hufiec albo kurs. Tak bardziej z życia. W ogóle ożywiałbym pismo, pokazując błędy popełniane przez harcerskie władze (to trudne zadanie - wspierać władzę krytykując ją). Tak, kilka zmian bym wprowadził. Nikt mnie jednak naczelnym “Czuwaj” ponownie nie zrobi (a i ja dwa razy nie wszedłbym do tej samej rzeki), więc tylko mogę czasem w czasie spotkania kolegium redakcyjnego pomarudzić i czekać, aż Grzesio coś zmieni.
I mogę zaproponować wszystkim malkontentom z różnych szczebli harcerskiej władzy: - Czytajcie “Czuwaj”, a później grymaście, najlepiej w formie listów do redakcji.
PS W nieco rozszerzonej wersji tekst ten ukaże się w grudniowym “Czuwaj”.

Orkiestra z Titanica w Teatrze Ochoty

No się doczekaliśmy. Teatr Ochoty niczym Titanic został skazany na zatopienie. Tylko nie było to zatopienie - pech, zatopienie - przypadek. Tym razem Ciemne siły (nie wierzmy, że jedynym Złym jest dyrektor Marek Kraszewski) postanowiły zlikwidować mały, tani, sympatyczny, dobrze zorganizowany teatr. Po prostu postanowiły zlikwidować i już. Po Warszawie poszła fama, że trzeba komuś, komukolwiek, budynek przekazać, aby było go łatwiej sprzedać i w miejscu teatru wybudować hotel albo biurowiec. Nie za bardzo w tę wersję wierzę. Taki numer nie przejdzie. Uważam, że to jakaś parateatralna instytucja potrzebuje siedziby, jej szef ma w mieście dojścia, więc wymyślono, że mała salka Teatru Ochoty dla tejże instytucji będzie w sam raz. I nic to, że ludzie przyzwyczaili się do Teatru Ochoty i chcą oglądać sektakle proponowane przez dyrektora Tomasza Mędrzaka. Ciemne siły, reprezentowane przez (tak, tak) dyrektora Kraszewskiego, wiedzą lepiej. I teatr zlikwidują. Możemy sobie protestować i słać listy. I możemy własnymi nogami, idąc do teatru, głosować za potrzebą normalnego funkcjonowania tej placówki. Ciemne siły nie dadzą się przekonać. Ba, one nie będą dyskutować. Pstryk. Jest teatr. Pstryk. Nie ma teatru. I tyle. Wszak żyjemy w kapitalizmie i kto ma pieniądze, ma władze. Teoretycznie władzą jest samorząd, ale władza samorządowa chyba nic nie ma do powiedzenia.
Z okolic władz miasta zbliżonych do ciemnych sił usłyszałem: - Przecież można było teatr unicestwić, ale zaproponować Mędrzakowi, aby stworzył w tym miejscu placówkę offową. Nic by się nie zmieniło, przeszliby na własny garnuszek, startowaliby w konkursach i dotacje by dostawali. - Nie wiem, po co ten kiepski pomysł, nie wiem, dlaczego mielibyśmy zamieniać siekierkę na kijek. Nie rozumiem tego. W dodatku, że propozycja ta nie została wyartykułowana, więc były to marzenia.
W Warszawie mamy kilku dyrektorów teatrów, którzy stosunkowo niedawno obejmowali swe funkcje raz mniej, raz bardziej oryginalnie. Ale ja nie o formie zwolnień. Po prostu ciekaw jestem, jak władze Warszawy oceniają zmiany personalne w Komedii (profil ten sam - może dziś nie trzeba już do tego teatru dopłacać?), na Woli (najciekawsze są tam sztuki autorstwa pana dyrektora teatru z “Wyścigiem spermy” na czele), w Powszechnym (co by się działo, gdyby nie Zapasiewicz?), w Dramatycznym (czy festiwal o ciele można uznać za udany? - mówię o festiwalu a nie o trzech premierach), w Studio (tu znakomite nowatorstwo - sztuka o domu publicznym w wojsku). Nie, nie. Nowe dyrekcje są sympatyczne, bardzo się starają. I pokazują, iż starzy byli tak samo dobrzy (albo tak samo słabi - odpowiednie skreślić) jak ci nowi. Uważam, że zmiany dla zmian, dla zasady są zbędne. A właśnie dla zasady likwiduje się mały Teatr Ochoty. Bez sensu.
I niech nikt nie mówi, że chodzi o oszczędności. Właśnie Rada Warszawy (czyli naprawdę kto?) zapragnęła przejąć dla Warszawy Teatr Żydowski. Będzie nas on - warszawiaków - nieźle kosztował. Też jestem za przejęciem przez miasto teatru z placu Grzybowskiego. Ale równocześnie zostawmy w spokoju teatr na Reja.
PS Miałem napisać felietonik o sobotniej premierze w Teatrze Ochoty - “Orkiestrze Titanic”. To jeszcze jest przede mną. Na razie tylko zapytam: - Kto wybrał ten tytuł? To katastrofa!

Magiczne myślenie Ewy Błaszczyk

Co za wieczór! Chyba pięć premier w teatrach warszawskich. Jak tu się nie rozerwać? Warszawa poszła na Havla, więc ja cichutko drobnym kroczkiem posunąłem do Teatru Studio na “Rok magicznego myślenia”.
Od pewnego czasu gnębi mnie pojęcie magii teatru. Już w tych notatkach kiedyś o tym wspominałem. Czym jest dziś teatr? Czy tylko rozrywką, jak nam serwuje “Kwadrat” i “Komedia”? A może sztuką opartą na wirtuozerii gry aktorskiej, jaką często widujemy w “Powszechnym”? A może nowatorskimi formalnymi zabawami (zazwyczaj dość poważnymi) z “TR” lub “Dramatycznego”? A może prezentacją lektur szkolnych, co nam pokazuje “Polski”?
Zazwyczaj tak jest, że po kolejnym spektaklu stwierdzam: “Było miło” lub “Znakomicie grali”, lub “Szkoda ich (aktorów) dla tak marnego tekstu”. Często tę ocenę ubieram w słowa i powstają zapiski na stronie. Rzadko, za rzadko jestem urzeczony spektaklem. Jak było tym razem z monodramem Ewy Błaszczyk? Cóż, problem ważny. Joan Didion udowadnia nam, że człowiek jest mocny, że jest w stanie przeżyć wszystkie nieszczęścia, na przykład śmierć najbliższych. Żeby tylko śmierć, jest w stanie przeżyć nagłe odejście męża a później odchodzenie-umieranie dorosłej już córki. Przez ponad godzinę aktorka niesłychanie autentycznie opowiada o wydarzeniach z życia swej bohaterki. Opowiada, skupiając na sobie uwagę widowni. A nie jest to łatwe. Potrafi to Irena Jun, potrafi Zbigniew Zapasiewicz. Jasno, czytelnie, bez patosu i uniesień wyraźnie podać tekst. Po raz kolejny mamy szansę powtórzyć sobie: “Nie znasz dnia ani godziny”, nie znają też wszyscy ci, którzy wypełnili widownię teatru, których spotykamy na ulicy albo we własnym domu. Śmierć jest obok nas, śmierć w nas tkwi. Takim jest człowiek.
I ta mądra myśl, mało odkrywcza, mogłaby pozostać jako pointa tego tekstu. Lecz jeszcze pozostaje jeden kłopot - życiorys aktorki i jej walka o odzyskanie sprawności fizycznej i intelektualnej córki. Przecież nieszczęście, jakie dotknęło Ewę Błaszczyk, niczym się nie różni od tragedii bohaterki spektaklu. I słyszałem już głosy, że to dobrze, iż Błaszczyk i jej sceniczne wcielenie to taka sama osoba. A mnie to wyraźnie przeszkadza. Jakoś aktor z “Wyzwolenia” nie jest mi bliski. Niech aktor będzie aktorem a bohater - bohaterem. Mnie nakładanie życiorysu na “życiorys” po prostu przeszkadza.
A “Rok magicznego myślenia” jako utwór dydaktyczny jest świetny. Tylko gdzie jest magia teatru?

Inteligencja

W sobotni poranek w kawiarni “Nowy Świat”, udającej (mało udanie) kawiarnię “Pod Pikadorem”, spotkanie na temat warszawskiej inteligencji. Inteligencji? Raczej miejsc, gdzie owa inteligencja mogłaby się spotykać. Zawężono temat, choć moderatorem dyskusji był Tomasz Jastrun. Może dlatego, iż już na początku stwierdzono, że warszawska inteligencja zginęła w Powstaniu Warszawskim i do tej pory się nie odbudowała?
W czasie dyskusji zadawałem sobie kilka zasadniczych pytań. Czym jest inteligencja warszawska? Jak zdefiniować w ogóle inteligencję - czy dziś ona istnieje? Może zmarła ona pod koniec lat czterdziestych, gdy wdziano na nią pancerz socrealistyczny. Czy nie jest to słuszna teza?
A jeżeli inteligencja (pomimo wszystko) jest, to zgromadzeni prawie że chórem rozprawiali, iż musi ona mieć swoje miejsca - najlepiej kawiarnie - gdzie mogłaby spędzać czas w trakcie inteligenckich (a więc i inteligentnych) rozmów. Koniecznie rozmów. W sobotni poranek zaatakowano aktualne sposoby porozumiewania się (sms-y, maile) jako niegodne prawdziwego inteligenta. Pewnie to prawda, wydaje się, że sms-ami nie da się podyskutować ani o istotnych współczesnych problemach egzystencjalnych, ani o niedawno przeczytanej książce.
Tylko jest tu pewien kłopot. Współczesny inteligent musi mieć trochę pieniędzy i dużo czasu. Dodałbym do tego jedną ze znanych mi cech inteligencji - osobnicy ci muszą być leniwi. Bo w przeciwnym wypadku nie zajmowaliby się rozmowami na tematy wszelakie, tylko jak małe parowoziki zarabialiby duże, duże pieniądze. A te, jak każdy inteligent wie, szczęścia nie dają. Więc muszą mieć inteligenci pieniądze. Tylko skąd?
Rozmowa zeszła na miejsca inteligentom przyjazne, jak sprecyzował to Włodek Paszyński - “czułe”. Ta “czułość” wzięła się oczywiście od “Czułego barbarzyńcy” - jednego z nielicznych lokali warszawskich (wymieniano jeszcze Chłodną 25), łączących kilka funkcji - biblioteki, czytelni, kawiarni, sali koncertowej, klubu… W Krakowie łatwiej, opowiadał o tym właściciel “Szafy”. Ale Kraków, co stwierdzono, inteligentów w starej tradycyjnej formie posiada. I miejsc, gdzie mogłaby się oni spotykać. No cóż, okazało się, że znów lepszy jest Kraków od Warszawy.
To jednak dziwne zjawisko, te potrzeby naszej stolicy. Gromkie wołanie o przestrzeń dla określonej grupy, która funkcjonuje na marginesie społeczeństwa. Nie zajmują się nią politycy, choć są tacy, którzy chcieliby do inteligencji się zaliczać. Nie zajmują biznesmeni. Ani ci potężniejsi, ani ci z małymi pieniędzmi. Nie ma związku inteligentów z “marginesem”, nawet jeżeli ktoś z literatów o owym “marginesie” pisze. Oczywiste, że robotnik i inteligent to przeciwstawne sobie postacie. Komu ma więc zależeć na inteligencji? Samym nielicznym inteligentom? Przecież oni nic już dziś w Polsce nie znaczą. No przepraszam, jeszcze Włodkowi Paszyńskiemu, którego też do inteligencji zaliczyć należy.
Od czasu do czasu wspominam uczniom, których uczę, że będą oni polską inteligencją, że dobrze powinni rozumieć świat i otaczające nas zjawiska. I nie wiem, czy takie rozmowy mają sens. Czy etos inteligencji do nich dociera.
Na razie niech powstanie w Warszawie dziesięć “czułych” miejsc, niech coś się zmienia. Bo dlaczego by nie?

Next Page »