Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

December, 2010 w archiwum

Spam

Ze względu na zalew spamu w komentarzach możliwość komentowania została wyłączona.
Postaram się ją przywrócić jak najszybciej.

Rajd Komend

To już historia. Za oknem grudniowy śnieg a mnie się przypomniał październikowy rajd. Tylko jeżeli o nim nie napiszę, to jakbym w nim nie uczestniczył. A przecież na nim byliśmy.
Znakomity pomysł. Zebrać komendy hufców z całej Polski i kazać im ze sobą rywalizować. Biegać po lesie, po szosach i czasem bezdrożach.
Zawsze twierdziłem, że gdy się czegoś nie dotknie, w czymś nie uczestniczy, samodzielnie nie pozna, nie wypada pisać komentarzy, niezależnie od tego, czy entuzjastycznych czy krytycznych. Więc pomimo wszystko, nie bacząc na mój wiek (do czego to doszło - na pewno byłem najstarszym uczestnikiem) postanowiliśmy z dużą częścią komendy hufca zobaczyć, cóż to takiego ów prawie mityczny Rajd Komend Hufców.
Byliśmy ekipą nieliczną, ale takie mają być – 3 do 5 osób. Zaopatrzeni w kilogramy produktów żywnościowych (a przecież to Jura Krakowsko-Częstochowska a nie Syberia) dojechaliśmy do Kroczyc. Piękna szkoła – że też takich nie budują w Warszawie – jest naszym miejscem narad, spania, kominkowania, mycia itd. Do boju! Chciałoby się wykrzyknąć po przyjechaniu na miejsce późną nocą. Późną nocą, czyli straciliśmy pierwsze punkty możliwe na rajdzie do zdobycia. .
Czy mogliśmy pomimo to być najlepsi? (Nie załapaliśmy się do grona najlepszej dziesiątki - ile komend rywalizowało? Szesnaście?). Nie. Punktacja i zadania przed nami stawiane nie były nam przychylne. Ale cóż, może w ciągu dnia za bardzo potraktowaliśmy niektóre zadania na luzie, może jakieś zlekceważyliśmy. No i fizycznie nie do końca jako zespół daliśmy sobie radę. Takie życie.
Był więc rajd komend hufców. Rajd? No właśnie. Nie jest on oczywiście klasycznym rajdem. (To u nas w harcerstwie normalne, wszystko przewracamy i nazywamy dziwnie – ostatnio słyszałem o biwakach, które wcale biwakami nie są, o hufcach, które z hufcami mają niewiele wspólnego i dawno już opisywanych przeze mnie kontyngentach, które nie są oczywiście kontyngentami. A warsztaty? No, słoneczka, kto mi zdefiniuje, czym jest warsztat?).
Był rajd, to znaczy impreza, o której piszę. Organizowany w celu wzmocnienia jakości pracy hufców. Składa się (wiemy, wiemy…) z pierwszej części, którą można nazwać wyczynową – kajaków, mostu linowego, quadów, przeczołgiwania się przez jaskinię, wspinania się na skałkę, paintballu – zabawa jak dla dzieci. Nie, nie mówcie, że dla wędrowników. Oczywiście atrakcyjne jest branie udziału w takich zajęciach. Bo dlaczego nie? Ale czy taki ma być wzorzec rajdu hufca? Ejże. Niby dlaczego? Na dodatek dziecięca pyszna zabawa mająca miejsce w Jurze nie miała fabuły. Dlaczego? Tak ładnie można by było spointować ją na zamku w Ogrodzieńcu. Szkoda, że nie była to wielka gra z rycerzami, skałami i zdobywanymi zamkami. Tylko bieganie z mapą od punktu do punktu i wykonywanie atrakcyjnych, nie powiem, zadań.
Druga część imprezy to propagowanie w hufcach Bardzo Ważnego Dokumentu. Dla twórców jest on nowatorski. Jest nowoczesny, jest całkiem nowy. Dla nas, dla naszego hufca taki on nie jest odkrywczy. Więc być może dlatego nie wyczuliśmy organizatorów i nie zdobyliśmy także i w tej części zbyt wielu punktów. Bo przecież u nas w hufcu prawie wszystko, co zapisano w BWD jest realizowane na bieżąco. Cóż tam wprowadzać, cóż tam udoskonalać, jeżeli udoskonaliliśmy i wprowadziliśmy już jakiś czas temu. (Ładnie się chwalę, prawda?).
Ale, ale. Pojedziemy na rajd w roku 2011. Bo poznamy fajnych ludzi z innych hufców, takich samych szalonych instruktorów, jak my. Zobaczymy jakiś kawałeczek Polski z trochę innej strony. Spocimy się, pobrudzimy lub zmęczymy. Już na co dzień nie mamy szans na takie szaleństwa, nawet ci najmłodsi z nas pełnią jednak funkcje organizacyjne, programowe, na rajd hufca dojeżdżają a nie dochodzą. Więc chcemy się spocić i zmęczyć.
A poza tym może zmieścimy się za rok w pierwszej dziesiątce? Zwyciężył Hufiec Poznań „Siódemka”, więc podejrzewam, że kolejny rajd komend będzie na terenie Wielkopolski. Może w Kruszwicy? Z Mysią Wieżą w tle. A może w Biskupinie? Taki rajd wczesnośredniowieczny. Oj, będzie się pewnie działo.

Za Prowansją

- Wejście jest zaraz za Prowansją. - Co? - No tak, następne drzwi za “Prowansją”. - Aaa. Przy Koszykowej? - Tak.
No więc poszedłem “Zaprowansję”. To “Balgera”. Caffe. (Aż chce się popisać o nazwach naszych warszawskich lokali). Troszkę niepokoi wejście - ot, jak do zwykłej cukierni, choć na drzwiach wiszą kartki zachęcające do wejścia nie tylko po słodycze. Za ladą ciastka wyglądające niezwykłe smaczne. Zaraz chcę porównać z Bliklem, z dawnymi ciastami Pomianowskiego, z przebojową cukiernią Gesslerowej. Te mają być włoskie.
Weszliśmy. Kilka stolików i schody na górę. Cisza, spokój, wygodne fotele, dekoracja już prawie świąteczna. To filia “Balgery” z Reytana.
W karcie niedużo skromnych włoskich dań. Trochę sałat, brunschetty, nieco makaronów, zapiekane warzywa, krewetki, jakaś ryba. Bardziej kawiarnia niż restauracja. Można zjeść zupę, małe drugie danie. Bardzo to smaczne, jakby z kuchni domowej, dobrej kuchni. Mam opowiadać, jak smakuje gnocchi gorgonzola? Kluseczki są znakomite. A zapiekany bakłażan?
Cóż tu jeszcze dodać? No tak, można pozachwycać się kawą - bardzo przyzwoitą. Bo tak naprawdę w Warszawie trafić na dobre espresso wcale nie jest łatwo. Co innego trafić na drogie espresso. Z tym nie ma kłopotu. Wydaje mi się, że właściciele wszystkich lokali zmówili się przeciw mnie, abym po prostu zbankrutował, wydając mnóstwo pieniędzy za naparstek przeciętnego napoju. Nie, w “Balgierze” jest zupełnie nieźle. No i ciastka. Zjadłem marengo (tam figurujący jako marenga, pewnie mają rację). Lepszy niż w toalecie w Parku Skaryszewskim. Znawcy warszawskich ciastek wiedzą, co to znaczy. Co, nie byliście w toalecie? Może o niej kiedyś napiszę, tu zachwycam się tortem z Koszykowej. Super.
A więc coś na ząb? Smacznie i niedużo? Spokojnie można wybrać się do “Balgiery”.

Muzycznie

Muzycznie mi. W Teatrze Wielkim - balet. W Romie - Nędznicy. W Ateneum - wieczór liryczny dla dorosłych z piosenką poetycką w tle.
To co? W Romie widownia wypełniona do ostatniego miejsca. Opisywanie Magdy Umer jakoś mi nie idzie. To może zająć się Weillem? Banał. ale jednak. Coś spróbuję napisać.
Najpierw chyba warto przytoczyć dykteryjkę - z życia. W czasie przerwy jeden z moich młodych przyjaciół zakomunikował mi: - Podoba mi się ta melodia, no ta, która była na początku, ta, która była na końcu tej części przedstawienia… Tylko że śpiewali po niemiecku i nie wiem, o co tam chodzi. - Tak, mnie też ballada o Mackie Majchrze się podoba. Nawet tę balladę znam na pamięć. W swojej naiwności sądziłem, że każdy wie, że te rekiny w ocenie, i że Schmul Meier, i że nieletnia pewna wdówka…, że w Tamizy toń zieloną… - A ów skądinąd kulturalny młodzian usłyszał ten song po raz pierwszy. W jakim świecie ja żyję? On nie wie, kim była Polly! Tragedia.
Dobrze, panie nauczycielu, daj pan sobie spokój. Kształć pan tę młodzież. Dzięki tobie w minionym miesiącu prawie trzydzieści młodych (w większości) osób było po raz pierwszy na balecie. Fakt, nie była to “Córka źle strzeżona”. Taki balet zrobiłby pewnie na wszystkich większe wrażenie. Tylko że ja sądziłem, iż balet jest taką formą sztuki, która nie jest obca młodym warszawiakom. A jest. I stąd później zdanie (innego młodego mężczyzny): - Mogłem te dwie godziny spędzić znacznie lepiej.
To chyba część większej całości. Rzecz dotyczy wychowania w kulturze i do kultury. A raczej niewychowywania. Bo niestety większość rodziców nie dba o swoje potomstwo. Efekty są takie, jakie są. Przyjeżdża do młodzian do szkoły samochodem, a nigdy nie widział (nie słyszał, nie czuł) opery. Tylko nie opowiadajmy, że to szkoła powinna prowadzić dzieci do teatru, do filharmonii i właśnie do opery. Powinna, ale w ramach zajęć lekcyjnych, a to jest zupełnie inna forma spędzania wolnego czasu niż wieczór z rodzicami.
No tak, mogę pisać do woli, a rzeczywistości nie zmienię. Na szczęście wyobrażam sobie następującą wypowiedź za lat kilkadziesiąt jednego z moich podopiecznych: - Wiecie, drogie wnuki, jak byłem piękny i młody, to zostałem na siłę zaciągnięty na balet. A może wy ze mną też na balet pójdziecie? Bo to całkiem atrakcyjne widowisko.

Jaka chorągiew?

Uff, wreszcie jesteśmy po chorągwianym stołecznym zjeździe. Jakoś przeżyliśmy kilkanaście godzin w sali konferencyjnej przy pl. Bankowym. Od sobotniej nocy nasze nowostare władze harcerskie mogą zacząć rządzić przez najbliższe cztery lata.
Stop. Przez cztery lata? Nie jestem pewny. A może przez cztery miesiące? Waldek, którzy kierował chorągwią kilkanaście lat, może w każdej chwili przestać pełnić swą funkcję. Kandydował na komendanta wbrew decyzji Zjazdu ZHP sprzed pięciu lat. Cóż, nie chciał podporządkować się zjazdowi, co wcale mi się nie podoba. Ma opinie prawników, że tamtej uchwały nie musi brać pod uwagę. Wierzyć mi się nie chce. Pięć lat temu wiadomo było, iż Waldkowi kończy się kadencja w roku 2010. Pośrednio potwierdził tę decyzję zjazd ZHP sprzed roku. Rzecz w tym, że delegaci nie zaakceptowali pakietu zmian w statucie Związku, gdyż między innymi zaproponowano tam zniesienie kadencyjności władz chorągwi. Czyżby tego Waldek i instruktorzy, którzy na niego głosowali, nie pamiętali?
No i Rada Naczelna może unieważnić wybór Waldka na naszego komendanta. Ciekaw jestem, czy wykaże się właściwą postawą. Bo nasz przemiły Naczelny Sąd wykazał się znajomością paragrafów, ale nie zrozumieniem istoty decyzji Zjazdów ZHP.
Któryś z instruktorów zapytał mnie: - Jak możesz tak pisać (a może, jak możesz tak mówić), jeżeli Waldek jest znacznie lepszym kandydatem na komendanta niż jego konkurent. - Ja tego nie kwestionuję. Waldek jest lepszy. Ale uważam, że dla zasady powinien kandydować na funkcję skarbnika, na funkcję zastępcy komendanta, na funkcję przewodniczącego rady chorągwi. I po czterech latach wrócić w glorii i chwale na komendancki stołek. Waldek twierdzi, że byłoby to sztuczne, jakieś oszukańcze. I tu się różnimy. Bo może Waldek sprawdziłby się jako skarbnik a komendant (przecież wytypowany przez niego komendant) postawiłby na nogi program i kształcenie, stworzyłby atmosferę braterskiej współpracy (wcale nie żartuję) między hufcami. Waldek tego nie potrafi. Nie stworzy też właściwych relacji Kuba. Bardzo lubię Kubę, naprawdę. Ale Kuba odpowiedzialny za kadrę całej naszej chorągwi padnie na najbliższym zakręcie.
Na szczęście są hufce. Ot, czytam ideę kursu wędrowniczego “Za horyzont”. I mam przed oczami taki tekst, jakbym sam go napisał. To jest to! Damy sobie radę. Chorągiew będzie dalej przyzwoicie się rozwijać. Z Waldkiem czy bez Waldka, z Kubą czy bez Kuby. I tak będzie dobrze.
PS Myśmy (to znaczy nasz hufiec) zaproponowali kandydatom na drużynowych malutkiego Hufca Zielonka uczestniczenie w naszym kursie drużynowych “Za horyzontem” (serio, tak się nazywa). Tak może będzie w innych środowiskach. Nie przejmujmy się Waldkiem i Kubą. Są? Nie ma ich? Za każdym razem jest dobrze.