Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

March, 2011 w archiwum

Tomek

Listomasz przeszedł w miniony piątek do innego, może lepszego świata. Kolejny harcerz z “Trójki” nas opuścił. Wcześnie, za wcześnie - miał tylko 51 lat.
Tomek (piszę Listomasz, bo jedną z piosenek - o listonoszu - śpiewaliśmy jako piosenkę o Listomaszu) zwany był Magistrem. Magistrem matematyki. Bo Tomek ponoć nie opanował tabliczki mnożenia, nie mówiąc już o jakichś równaniach, całkach czy innych bryłach przestrzennych. Maturę z matematyki zdał cudem (a może ktoś mu pomógł? różne chodziły słuchy). Któregoś dnia na Saskiej Kępie zawisły ogłoszenia: “Magister matematyki udziela korepetycji”. I telefon Tomka. Śmiesznie było. Magister matematyki…
Ale Tomek był humanistą, był historykiem, uczestniczył w konkursach wiedzy o świecie współczesnym. Był genialny. Nic dziwnego, że studiował historię.
U nas był jednym z kilku młodych, świetnych instruktorów. Takich, którzy mogli poprowadzić patrol na rajdzie, zbiórkę, kominek. Zdobył stopień przewodnika. Pod koniec lat siedemdziesiątych poprowadził obóz wędrowny w Rumunii. Ja - szczepowy - byłem tam zwykłym członkiem. Wędrowaliśmy po Bukowinie, trafiliśmy do polskich wsi, oglądaliśmy prawosławne malowane na zewnątrz cerkiewki… Kawałek Siedmiogrodu, Bukareszt. To były niezapomniane przeżycia. Brak dobrych map, brak szlaków, brak przewodników. Kłopoty z wyżywieniem. I wszystko się udało.
Obozów - wspólnych - było więcej. Normalnej codziennej pracy - kilka lat.
Gdy skończył studia, zaczęły dochodzić o nim różne słuchy. Bo pracuje w MSZ. Jest dyrektorem departamentu - czy da sobie radę? Jest ambasadorem na Cyprze, ale ponoć nie mówi po angielsku. A jednak okazuje się, że mówi. Niedawno miał wypadek (z wpadką) w Kanadzie. Czy go wyrzucą z ministerstwa?
Tomek był świetny. Mówił o tym w katedrze przy Długiej jeden z jego ministerialnych przyjaciół. Dobry organizator, dobry kolega, dobry szef. No tak, tego nauczył się u nas.
Parki przecięły mu nić życia. Szkoda. Wielka szkoda.

Za horyzontem

Duża część kursu za nami. Już nawet zaczynamy o niej zapominać. Jak tam było w “Jędrusiu”? Ciepło czy zimno? Dobrze dawano jeść czy źle? I najważniejsze - nauczyliśmy czegoś kursantów czy też nie? Co nam się naprawdę udało zdziałać “za horyzontem”?
Pisanie na stronie ma swoje zalety - ot, każdy może ten tekst przeczytać. Ale ma jedną zasadniczą wadę - każdy może poczytać sobie ten materiał. Tak - to zaleta i wada. Nie mogę przecież do końca, jednoznacznie, ostro napisać o poszczególnych kursantach. Nie mogę, nie chcę wystawiać im stopni. Komuś piątkę, komuś trójkę? Nie przystoi. Na dodatek powinem dopisać kilka zdać o prowadzących zajęcia. Tu jest łatwiej, więc może od tego wątku zacznę.
Codziennie na wieczornym spotkaniu z zastępowymi sumowaliśmy dzień. Zastępowi opowiadali, jakie zajęcia, ich zdaniem, były najlepiej prowadzone, jaka wiedza i umiejętności przekazane w ciągu dnia będą im najbardziej przydatne w prowadzeniu gromady lub drużyny. I cóż się okazało? Były takie dni, gdy zastępowi chwalili kilka zajęć, doceniali kilku instruktorów. Bo w sumie było nieźle. Prawie wszyscy byli bardzo dobrze przygotowani, prawie wszyscy mieli konspekty, w trakcie zajęć wprowadzali różne formy aktywizujące. To cieszy. Gdy będziemy dokonywać końcowej ewaluacji kursu, mam nadzieję, że moje wstępne wnioski się potwierdzą.
A kursanci? To w większości bardzo doświadczeni harcersko młodzi ludzie. Od lat, od zuchów w organizacji. Dlatego o wielu sprawach rozmawia się z nimi łatwo. Pewien kłopot mają ci, którzy od niedawna są w harcerstwie. Dwa-trzy lata pracy nie wystarcza, by zdobyć takie doświadczenie, aby swobodnie czuć się na kursie. I z trudem pracowali ci, którzy nie przeszli przez dobrą harcerską szkołę w dobrych drużynach. Nic odkrywczego nie napisałem, ale nawet młodzi z kilkuletnim stażem okazywali się lepsi od starszych, ale ze stażem niedługim.
Na zakończenie tej części kursu przeprowadziliśmy (co jest już pewną tradycją) indywidualne rozmowy w “pokoju zwierzeń”. Tu każdy mógł szczerze powiedzieć, co myśli o perspektywie swej pracy z ZHP. Ale także o swej codziennej działalności. Oj, nasłuchaliśmy się, nasłuchaliśmy.
Dobrze, normalnie pracują gromady zuchowe. Właściwie można z relacji naszych przybocznych (bo oni przede wszystkim znaleźli się w gronie siedemnaściorga kursantów) wywnioskować, iż gromady rozwijają się, kadra też. Dziwne przypadki (50 zuchów na zbiórce) będą normowane (jeszcze chwilę i gromada będzie podzielona). Najmniejsze gromady mają szansę ma wzrost liczebny.
Za to w drużynach harcerskich dzieje się, oj dzieje. Metoda harcerska tu i ówdzie odeszła w niepamięć i prowadzone są zajęcia świetlicowe zamiast pracy harcerskiej. Przyboczni prowadzą zbiórki, a drużynowego widuje się od czasu do czasu. (Zachwyciłem się pracą przybocznej z II klasy gimnazjum, która organizuje zbiórki dwóm drużynom - harcerskiej i starszoharcerskiej, ale nie zachwycam się drużynowym). Przyrzeczenie harcerz składa (bo to taka tradycja!!!) po dwóch-trzech latach należenia do organizacji. Stopień młodzika zdobywa 15-latek. I tak dalej, i tak dalej. Rozmawiamy z grupą dwudziestu jeden kursantów. I w połowie drużyn występują jakieś horrory! Dlaczego utrwaliły się takie nieprawidłowości i nie sposób ich wyplenić?
Cóż - kurs trwa. Wizytujemy zbiórki, pracujemy dalej z kursantami. Blisko, za horyzontem, o wyciągniecie ręki są sukcesy. Napiszę o nich.