Adam Czetwertyński

Harcerstwo (208) Kuchnia (25) Kultura (282) Polityka (38) Pożegnania (40) Szkoła (74) Varia (112)

October, 2020 w archiwum

Z maseczką

Wczasy nad Morzem Śródziemnym. Słońce, piękne walące o brzeg fale, wokół zieleń, cisza. Choć już jesień, ale my mamy lato. Lato maseczkowe.
Przelot
Nie był taki straszny. Biuro podróży kazało nam wypełniać jakieś koszmarne formularze w różnych wersjach. Z plikiem papierów pojawiamy się na lotnisku. I co? Bardzo krótkie oświadczenie, że nie jesteśmy chorzy i z takimi osobami nie mamy kontaktów oddane na stanowisku odprawy oraz poświadczenie rządu greckiego, że nasz wpuszczą do kraju. To poświadczenie jest o tyle dziwne, że jakiś pan już w Grecji patrzy, że mam w ręku jakiś papier. Mój? Mojego kuzyna z Ameryki? Obojętne. Proszę przechodzić dalej…
Za to obowiązuje rygor maseczkowy - na obu lotniskach i w samolocie. Widok jest zadziwiający. Jedni pasażerowie chronią brody, inni nos, niektórzy zdejmują maseczki w trakcie lotu…
W hotelu
Tak, bardzo się personel stara, aby się od nas nie zarazić i aby nie zarazić nas. Najciekawiej jest oczywiście w restauracji - nie możemy sami korzystać z bufetu. Wszystko jest nam podawane. Najwygodniej oczywiście pokazać palcem. W wielu przypadkach to najłatwiejsza forma. Czasami są kolejki, bo akurat większość gości chce zjeść kawałek pieczonego indyka. Ale w kolejce stoją starsi Niemcy, cisza, spokój. I wszyscy na terenie restauracji mamy maseczki. Wszyscy. Dopiero gdy siadamy przy stole maseczkę można odłożyć. Jak wtedy jest miło…
I jeszcze
Na terenie - dużym, zadbanym, zupełnie wyglądającym jak ogród botaniczny - chodzimy bez maseczek. Również w barach hotelowych, tych przy basenach, na maseczki nie zwracamy uwagi. Niby jest normalnie, ale obsługa bardzo się stara, aby jednak mieć maseczki na twarzach.
Czyli jest normalnie, prawie normalnie. Ale w łazience mamy tylko mydło i szampon. Ale pokój sprzątany jest co dwa dni. Ale w pokoju nie ma czajnika i możliwości zrobienia sobie kawy lub herbaty. Ale basen wewnętrzny jest zamknięty. I tak dalej, i tak dalej.
Powrót
Straszą nas. Najpierw okazuje się, że nasze biuro podróży zaprzestało wysyłać swych klientów do Grecji. Czy zatem samolot po nas przyleci? Później okazuje się, że strajkują kontrolerzy lotniczy. Kto nas wypuści z lotniska? Następnie na lotnisku tłum nieprzeliczalny.
I co? Wylatujemy punktualnie. I jesteśmy pół godziny przed czasem! Choć nasze szczęście nie jest pełne. Straż Graniczna musi rozprawić się z gościem, który w samolocie był bezmaseczkowym alkoholikiem. takim, który postanowił pokazać, że cały świat jest jego. Nie był. Ale przygoda z bezmaseczkowcem zajęła nam pół godziny. No, trudno.
PS
Na Krecie znalazłem ślad polski. Zatkało mnie, gdy zobaczyłem z barze karton, z którego miły pan nalewał mleko do kawy. Na kartonie, tak jak w naszym kraju, dumnie napisane było (czerwonymi literami) słowo “Łaciate”.

Andrzej

Andrzeja znałem lat wiele. Ponad pół wieku. Wiedziałem o nim wiele, choć dopiero z licznych wspomnień jawi się jego pełny obraz. Blisko współpracowaliśmy ze sobą krócej niż pięćdziesiąt lat, ale ostatnio też pamiętaliśmy o sobie. A to Andrzej przesłał mi swoją książkę, a to ja (bez powodzenia) namawiałem go, by napisał tekst do “Czuwaj”. Ale zdrowie nie pozwalało mu na normalne pisanie. Zamieszczał jednak w internecie swoje felietony mówione. Bardzo ciekawe i bardzo mądre. Dla mnie był przede wszystkim instruktorem harcerskim.
Dawno, dawno temu na VII Zjeździe ZHP w trójkę - Andrzej Jaczewski, Grzesio Nowik i ja zostaliśmy wybrani jako reprezentanci Warszawy do Rady Naczelnej. Byliśmy interesującą ekipą. Wtedy to na serio z Andrzejem się zaprzyjaźniłem. Trochę pisał do redagowanej przeze mnie “Drużyny - Na Tropie”, ja współtworzyłem ruch starszoharcerski. A że Andrzej był szczepowym starszoharcerskim (fakt, że środowiska żeglarskiego), mieliśmy sobie wiele do powiedzenia. On już był znakomitością - profesorem warszawskiego uniwersytetu, ja skromnym początkującym dziennikarzem i także (na kawałeczku etatu) nauczycielem języka polskiego. On już miał swoją chatę w Ropkach, ja koło Ropek chciałem kupić zagrodę dla mojego szczepu. Takie były czasy, że niektóre szczepy chciały mieć własne siedziby w górach. My też. Ale z naszego zakupu nic nie wyszło. Ale w Ropkach w tamtych czasach bywałem.
Andrzeja ceniłem nie tyle za jego rozległą wiedzę, ile za niezależność poglądów. Miał własne zdanie (a był przecież uczonym, był lekarzem i pedagogiem) i spokojnie je prezentował. I nie było istotne, czy wypowiadał się na temat wychowania seksualnego młodzieży, czy problemów polskich Żydów, czy żołnierzy wyklętych. Kiedyś zachwycił mnie, gdy napisał o pięknie ludzkiego ciała - po prostu cieszył się z obejrzanego baletu.
Bo był humanistą, wszechstronnie wykształconym i po prostu człowiekiem mądrym.
Na stałe przeniósł się do Ropek. Bardzo daleko. Ale pomimo to jakby był cały czas wśród nas. Interesował się polityką, kulturą, wszystkim, co nas otacza. Mało jest wśród nas takich ludzi, takich instruktorów harcerskich, takich uczonych. dożył godnego wieku - zmarł mając 91 lat. To jeden z takich, których na serio będzie mi brakować.