Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

August, 2010 w archiwum

ConCordia

Po raz pierwszy nie wziąłem udziału w zlocie skautów Europy Środkowej. A był on ósmym w nowych, kapitalistycznych czasach. Okazało się, że lato nie jest z gumy. Jednak wizyty na ConCordii nie mogłem sobie odmówić. Chciałem pobyć na zlocie choć jeden, choć dwa dni. Dlatego z Sebastianem pojechałem do Budapesztu.
Węgierscy skauci po raz drugi zorganizowali nasz “wyszehradzki” zlot w parku skautowym, tym razem na granicy Budapesztu. W ośrodku z częściową infrastrukturą, jednak nie zagospodarowanym w pełni. A może nie do końca zadbanym. Nie da się ukryć - inwestowanie w kilka czy kilkanaście hektarów terenu wraz z zabudowaniami wymaga środków. A tych, jak to w organizacji pozarządowej, zawsze brakuje. Teren jednak przepiękny. łąki, pagórki, las, umocnione niektóre drogi. I do najbliższego sklepu (a także autobusu) ze cztery kilometry. Można poczuć się w Budapeszcie jak w Bieszczadach. W dodatku że podłoże nieco do bieszczadzkiego podobne. Po większym deszczu ścieżki i drogi stawały się nie do przejścia. Błotniste i z trudem wysychające.
Zastanawiam się, będąc wśród tysiąca skautów, czy kolejny zlot jest lepszy od poprzedniego, czy ConCordia jest robi lepsze wrażenie od Silesii, od Tatracoru, od Sanu… Bo ten pierwszy - Fenix zapisał się w mojej pamięci jako dość słaby. Ale ponieważ był w Pradze, mogliśmy go uatrakcyjniać, organizując wycieczki do miasta.
Zastanawiam się i chyba na tym zastanawianiu pozostanie. Bo, wybaczcie, nie umiem powiedzieć, który z nich był najlepszy. Może San? No ale chwalić własny, polski zlot jest łatwo.
Zawsze ważna jest atmosfera. Z nią najwięcej kłopotów dwukrotnie mieli Słowacy. Ale jak można mieć dobrą atmosferę, gdy nie ma możliwości normalnego umycia się przez dwa dni?
Połowa sukcesu to dobre jedzenie. Na nie zawsze narzekamy. Nie przypominam sobie zlotu, w czasie którego nie byłoby jakichś kłopotów z wyżywieniem. Na Sanie każdy kupował sobie produkty w sklepie, ale sklep był znacznie oddalony od terenu zlotu - też kłopot. Tym razem jedni mówili - świetne jedzenie, jest go dużo. Inni - bardzo jednostajne, a obiady co drugi dzień są smaczne. Nie, nadal nie wypracowaliśmy dobrego systemu, a szkoda.
No i zajęcia. Większość z nich zawsze na zlotach jest bardzo interesująca. Niestety dla tych, którzy po raz kolejny są na zlocie - powtarzają się. Najtrudniej jest zorganizować skautową służbę. I ta w Budapeszcie się udała. Nie było to zbieranie papierków na tatrzańskim szlaku. Na tym samym pierwszego, drugiego i przez kolejne dni. Zajęcia i tym razem trzeba pochwalić. I jeszcze jeden pomysł - wizyty domowe. Pomysł, by uczestnicy zlotu rozjechali się po Węgrzech a następnie wrócili na ceremonię zakończenia był znakomity.
Udana była wioska wyszehradzka. Nasz Wojtek (najpopularniejszy skaut zlotu!) robił tam furorę. i dzięki jego zdolnościom show-mana połowa uczestników umiała powiedzieć “klamerka”. A poza tym w wiosce można było pójść do międzynarodowej kuchni i zrobić sobie polskie ruskie pierogi. Bomba.
O terenie już wspomniałem, ale poszedłem odwiedzić podobóz naszych harcerzy z hufca, miałem duży problem z poruszaniem się po ich terenie. Za dużo padało. Ale Piwi dzielnie dawała sobie radę. Nasi harcerze byli ze zlotu zadowoleni.
Ot, kilka notatek z ConCordii. Rozmowa z naszą już “etatową” (i dobrze!) szefową Perłą, z pomagającym nam jak zawsze Laszlem, mnóstwo nowych kontaktów, obserwacja spotkania komisarzy zagranicznych, udział w bardzo uroczystej mszy świętej, spotkanie z ponad dziewięćdziesięcioletnim Polakiem z Budapesztu, który zakładał tam przed wojną drużynę harcerską. Mnóstwo wrażeń.
I pytanie na zakończenie. Czy rzeczywiście nie było więcej środowisk chętnych, by w zlocie uczestniczyć? Czy nie mogłoby wziąć w nim udziału więcej niż 160 Polaków? Nie wiem.
Za dwa lata zlot skautów Europy Środkowej organizują Słowacy. Trzeba będzie im pomóc. Perła, gdy odpoczniesz po trudach lata, zabieramy się do pracy. Niech zlot w 2012 roku będzie (dzięki nam) jeszcze lepszy!

Koń, jaki jest…

Czasem mi się wydaje, że niektóre felietoniki, które tu zamieszczam, nie powinny się ukazać. Bo akurat ja nie powinienem na ten temat się wypowiadać. Ale cóż, są takie sprawy, które - choć nie moje - moimi są. Lato jakoś uśpiło moją pisaninę, ale tematy się zbierały a pisać nie zapomniałem, a więc do dzieła.
Ten problem gnębi mnie od dawna. Już kiedyś sobie powiedziałem: - Nie, nigdy więcej. Ja przeciw takiemu wykonywaniu swej pracy (a może misji) stanowczo protestuję. - Co? Przeciw komu tu występuję? Co mnie tak męczy? Przecież wiem, że fakt, iż na ten temat tu napiszę, nic, ale to zupełnie nic nie zmieni w otaczającej mnie rzeczywistości. Ale trudno, zacząłem, będę konsekwentny. Otóż protestuję przeciwko kazaniom księdza O. Tak, przeciw kazaniom. Jak jestem zdeterminowany, świadczy fakt, że przyrzekłem niegdyś sobie, iż nie będę uczestniczyć w mszy, w czasie której ów ksiądz będzie kazanie wygłaszał. A jeżeli przypadkiem na tego księdza trafię - po prostu na czas kazania wyjdę z kościoła.
Jak to bywa z takimi obietnicami, nic z moich postanowień nie wyszło. Bo po jakimś czasie w czasie ślubu (a może pogrzebu?) zamiast głośno protestować i wyjść z kościoła, tkwiłem w ławce i cierpiałem z cicha. Ciekaw jestem, czy jeszcze ktoś cierpiał ze mną.
W czym rzecz? Niektórzy księża z zasady nie przygotowują kazań. (Tak jak gawęd niektórzy zasłużeni druhowie). Jak ów ksiądz O. Muszą przez kilka - kilkanaście minut głosić słowo, w którym naprawiać będą dusze swych owieczek. I nie wiedzą, o czym owo słowo głosić. Mój ulubiony ksiądz O. czynił to (i czyni, jak sądzę) następująco: Rozpoczynał od ostatniego zdania przeczytanej przez siebie Ewangelii. Chwytał jedno słowo, definiował je po swojemu. Następnie odbijał się od niego, na przykład mówiąc, jak ludzie źle owo słowo rozumieją. Miał więc możliwość opowiedzenia czegoś o złych ludziach, w dywagacji o złych ludziach wprowadzał kawałek własnego życiorysu, na przykład pokazując swe kontakty ze złymi ludźmi. Tu, jak widać, mógł już rozpocząć dywagacje o rodzinie własnej, a później o wielkiej rodzinie harcerskiej, a później mówić na kolejny dowolny temat plotąc, opowiadając, motając się w wypowiedziach. Dość składnie, ładną polszczyzną, lecz sformułowaniami, które nazwałbym ciągiem luźnych skojarzeń. Może to zabawne, lecz nie dla mnie.
Ostatnio miałem możliwość posłuchania innego kapłana. Rozpoczął od zmartwychwstania Chrystusa i po dłuższej chwili metodą swobodnych skojarzeń dobrnął do rozbitych małżeństw, zdrad małżeńskich i kłopotów, jakie ma spowiednik nieudzielając rozgrzeszenia. Tu zatrzymał się w słowotoku i przeszedł do odprawiania mszy. Ponoć to u tego księdza reguła. Iluż mamy takich księży O. ? I dlaczego?
Bo koń, jaki jest, każdy widzi.

Totem Tomka

Było to dawno, dawno temu, najstarsi ludzie tego nie pamiętają. Były to czasy, gdy każde środowisko harcerskie w naszym hufcu nie tylko organizowało obóz stały, ale także wędrowny. Nie, nie. Nie były to jeszcze te lata, gdy nasz szczep organizował latem trzy obozy wędrowne. Te lata przyszły znacznie później.
Właściwie to powinienem najpierw opowiedzieć o naszych plecakach (jeszcze nie wymyślono stelaży) i wpijających się, raniących nas paskach, o noclegach w stodołach (choć zazwyczaj w schroniskach), o kupowaniu denaturatu (tego popularnego na naszej wsi napoju nie brakowało, ale myśmy używali go w zbożnym celu - mieliśmy przecież kochery i coś ciepłego jadać trzeba, ba gotowaliśmy całkiem smaczne posiłki), o bąblach, czyli pęcherzach na nogach (jakież wówczas były buty, lepiej nie mówić). To lato można było nazwać w moim życiorysie czasem Ireny. Ale będzie o totemie Tomka.
Tomek - delikatnie mówiąc - nie był najlepszym harcerzem świata. Ale miał brata - drużynowego. Dobrego drużynowego, który się nim opiekował. I jakoś było.
Co wydarzyło się tamtego dnia? Co tak zdenerwowało Tomka? Nie pamiętam. Ale nasz nienajlepszy harcerz przez całą noc podobno rzeźbił swój totem z jednego pnia drzewa. I postanowił te dziesięć a może piętnaście kilogramów drewna wnieść na Baranią Górę. Dlaczego? Kto zrozumie duszę nastolatka?
Wszedł, wniósł, był z tego bardzo dumny. Zebrał stos kamieni i postawił swój totem na samym szczycie. Jedno zdjęcie, drugie. I wtedy na górę weszli turyści. Jedna grupa, druga. Odeszliśmy od totemu a oni zaczęli się fotografować. Zjedliśmy arbuza (ktoś tę zieloną kulę też musiał wnieść) i przyszedł moment (zawsze taki na górze następuje), że trzeba było zejść na dół. Tomek poszedł po swój totem.
Co nastąpiło? Awantura. Oburzeni turyści nie pozwolili Tomkowi zabrać totemu. Nie pozwolili. Nie będzie przecież niszczył czegoś, co zostało uwiecznione przez nich na zdjęciach! Nie będzie zabierał “ich” pięknego totemu!
Bo totem zaczął żyć własnym totemowym życiem. To już nie był totem Tomka, to był symbol Góry. I nic nie można było na to poradzić.

Andrzej

Niespodziewanie odszedł Andrzej. Najpierw pierwszy zawał, a w minioną sobotę drugi. Ostatni. Czy mógł tego drugiego uniknąć? Dziś możemy sobie komentować, spekulować i oceniać, ale czasu cofnąć się nie da. Rozumieliśmy to dziś wszyscy tak licznie zgromadzeni na cmentarzu w Starej Miłosnej. Żegnali Andrzeja harcerze (i byli harcerze - jak liczna była grupa instruktorek zuchowych sprzed lat!), pracownicy i wychowankowie ośrodka “Na Przedwiośniu”, przedstawiciele krakowskiego stowarzyszenia “U Siemachy”, pracownicy służb społecznych, znajomi, wychowankowie, znajomi…
Kilka wystąpień w kościele i przy grobie. Ksiądz Wysocki, wspomnienie harcerskie, kilka słów od Małgosi… Przewodniczący ZHP przyznał Andrzejowi pośmiertnie złoty krzyż “Za Zasługi dla ZHP”. I kwiaty, stosy kwiatów.
W harcerstwie w ostatnim czasie znacznie się różniliśmy. Teraz mogę spokojnie zastanowić się i odpowiedzieć “dlaczego?”. Bo oczywiście nie chodzi (jak to bywa zazwyczaj) o pieniądze. Wydaje mi się, że po prostu inaczej ocenialiśmy działalność niektórych naszych instruktorów. Także naszą własną pracę. Popełniamy błędy. Takie jest życie. Postępowanie, które dla mnie było błędem, powodującym konieczność odejścia konkretnego instruktora z funkcji, dla Andrzeja błędem nie było. Mogę jednak Andrzeja zapewnić (jeżeli istnieje ów byt pozaziemski, o którym nam tak wiele dziś mówiono), że każdy ma prawo po naprawieniu szkód albo po zmienieniu poglądów wrócić i dalej działać na rzecz dzieci. Nigdy nikogo nie skreślam. Za długo jestem w harcerstwie. Może o tym kiedyś więcej napiszę.
I dlatego dalej nie będzie o harcerstwie. Będzie o ośrodku, jaki Andrzej prowadził. A właściwie o Andrzejowej pasji. Bo ośrodek był prawdziwą Jego pasją, dużym kawałkiem Jego życia. Oprowadzał mnie któregoś dnia po “Na Przedwiośniu”, pokazując konkretnych wychowanków, ich dzieje, ich perspektywy życia. O każdym coś wiedział, każdego doceniał. I tych, którzy prawie pomagali ośrodek prowadzić, pełnili w nim jakieś dla nich ważne funkcje, i tych, którzy mieli zdolności plastyczne, i tych, nielicznych, którzy wegetowali jak roślinki. Ta duma z opracowania metody porozumienia się z jednym z chłopców, o którym myślano, iż jest niesprawny intelektualnie, a ma wyobraźnię (nie ruszając się z łóżka!) prawdziwego poety. On te dzieciaki (bo dzieciaki, nawet gdy były pełnoletnie) szanował, lubił i rozumiał. Bardzo mi tym zaimponował, bardzo mu tej postawy zazdroszczę. I żal, strasznie żal, że nie będzie mógł dalej z nimi pracować. I żal, że nie pokłócę się z Nim na najbliższej zbiórce wyborczej hufca. Żegnaj, Andrzeju.