Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

October, 2010 w archiwum

Prawie jak w Grecji

Jeden temat ucieka w moich niezbyt systematycznych ostatnio zapiskach. Właściwie dlaczego? Nie wiem, przecież kiedyś przypadkowo nawet o tym pisałem. Ale żeby utworzyć oddzielny dział? Na to nie wpadłem. Ale to się zmieni. Od dziś.
Czy w okropnym bloku za Żelazną Bramą (choć akurat z ulicy Grzybowskiej do placu Żelaznej Bramy niezły kawałek) może zabłysnąć kawałek prawdziwej Grecji? Wyobraźcie sobie, że tak. W restauracji “El Greco”.
Historia greckich tawern w Warszawie jest długa. Pierwsza była ta na Saskiej Kępie. Długo funkcjonowała jako jedyna. Z niezłą (nie znakomitą - niezła) kuchnią, pięknym jak na tamte czasy wystrojem. Było ciemnawo, ale zarazem jak nad Morzem Egejskim - biało, jakieś elementy wystroju przywiezione z Grecji. Nie, nie zachwyciłem się. Już znacznie bardziej fascynująca była o kilometry świetlne później otwarta restauracja z widokiem na park Szczęśliwicki. Tak, jeżeli zjeść coś greckiego, to właśnie tam.
No i mamy teraz “El Greco”. Wystrój sali surowy, jasny, nic nie przypomina greckiej tawerny. Trochę rzeczy na ścianach, jakieś złte rybki w okolicach toalety, prawdziwe (niektóre nędzne) rosliny. I normalne, ludzkie jedzenie. I nic to, że gdy proszę zupę jogurtową, to jej oczywiście (takie mam szczęscie) nie ma. Gdy zamawiam rumsztyk, to właśnie się skończył, a pani kelnerka (bardzo, bardzo miła) nie umie powiedzieć, czym się różnią dwie retsiny, które są w restauracji serwowane.
To zdumiewające, ale wszystkie dania (mam wymieniać, a po co?) są smaczne. Warzywa na parze nie są rozgotowane, tzatziki przygotowane w kuchni, a nie sprowadzone z jakiejś fabryki. Owoce morza, suwlaki (będę jednak spolszczał te obco brzmiące nazwy), jagnięcina, filet z kurczaka. To wszystko dało się zjeść. Nie za duże porcje. Można więc było sobie pozwolić na któryś z greckich przysmaków. Wyglądają na bardzo autentyczne, na przykład te serowe.
Oczywiście, gdy dojdę w tych zapiskach do stawiania jakichś gwiazdek, to średnia w “El Greco” wypadnie na cztery z plusem. Bo i te braki w karcie, i rozbrajająca szczerość kelnerek, i ceny nie najniższe. Ale wyłaniający się z kuchni słabo władający językiem polskim Grek, który osobiście podaje swe dania, wiele rekompensuje.
Ponoć w pierwszych dniach listopada pojawić się ma nowa karta. I panie kelnerki dłużej popracują i nie będą prezentować się jako małe naiwne, które właśnie zaczęły wczoraj pracować. Ściskam kciuki. I kiedyś na Grzybowską na pewno się wybiorę.

Wielki koszyk, czyli kłopot

Wielki koszyk widać już z wielu punktów Warszawy. Fakt, najlepiej z lewego brzegu Wisły i z kilku mostów. Wielki koszyk rośnie jak grzyb po deszczu i dominuje już nad Saską Kępą i Kamionkiem. W wielkim koszyku (czy na pewno ślicznym?) odbędzie się wielkie kopanie roku 2012. Kibice piłkarscy będą zachwyceni, dwa nowe stadiony w Warszawie (bo pamiętać trzeba o całkiem odnowionej Legii) uruchomione. Zachwyceni też przyjezdni - odnowiony przystanek “Stadion”, nawet jest szansa, iż nowa linia metra dojeżdżać będzie do naszego Narodowego. (Stadionu - nie teatru). Pysznie.
Euro minie, koszyk nam się opatrzy, jakoś się z trudem do niego przyzwyczaimy, i wszyscy, także mieszkańcy południowej Pragi, zaczniemy zastanawiać się, po co nam to było. W koszyku nie zorganizujemy nowego bazaru Europa. Nie wypada. Taki nowy, taki śliczny - przydatny będzie… No właśnie? do czego będzie przydatny nowy stadion? Ze trzy-cztery zawody międzynarodowe, gdzie trybuny będą wypełnione. Pamiętajmy, że przy mniejszej liczbie kibiców wystarczy Legia. Ze trzy-cztery występy znanych zespołów. Czy to wszystko? Dożynki mamy w Spale lub Częstochowie. Zgromadzeń ludowych, aby sobie poprotestować, już nie przewidujemy. Festiwale Młodzieży i Studentów to nie dla nas.
Więc jak? Jesteśmy skazani na umieranie wielkiego koszyka? Stadion Dziesięciolecia umierał kilkadziesiąt lat. Czy to samo grozi Narodowemu?
Nie, nie znam programu zagospodarowania stadionu. Jak go wykorzystywać na co dzień. Można obudować go innymi obiektami, by był on częścią większej całości, ale ten pomysł jakoś umarł śmiercią naturalną. Centrum kongresowego nie ma, basenu 50-metrowego też, centrum handlowego (ale nie bazaru, lecz obiektu większego od Arkadii) także. Cóż, będzie sobie koszyk egzystował i władza nasza dokładać będzie do niego spore sumy, by się za bardzo nie dekapitalizował. Władza będzie dokładać do niego pieniądze każdego z nas. Taka hojna władza.
Dlatego, choć stadion nie jest własnością miasta, miasto powinno zaproponować sensowne rozwiązania, co dalej z nim robić. Kilka (niech będzie kilkanaście) imprez w roku to stanowczo za mało.

Rondo Wiatraczna, czyli nasz wstyd

Wszyscy (no, prawie wszyscy) wiedzą, jak w grach typu sim-city rozwija się miasta i rejony wyimaginowanego państwa. Aby mogło powstać nowe osiedle czy nowa fabryka, muszą być przeprowadzone drogi. Od jakości dróg (pamiętamy Imperium Rzymskie) zależy sprawność funkcjonowania miasta lub państwa. Poza tym od transportu miejskiego, którym poruszać się muszą mieszkańcy, ale to już samo życie nie zawsze w grze komputerowej zauważone.
W czasie tegorocznych wakacji gdzieś w Hiszpanii przed oknem miałem w oddali widok na Morze Śródziemne, ale bardziej interesująca (i intrygująca) była bliska sieć asfaltowych ulic, przy których nie było ani jednego budynku. To przy nich wybudowane zostaną kolejne apartamenty dla kolejnych gości z zimnych północnych (jak Polska) krajów. Najpierw ulice, później domy - jakie to proste.
Ze zdumieniem więc obserwuję rozwój naszej drogowej infrastruktury na terenie dzielnicy. Kto nad tym panuje i kto dba, abyśmy codziennie nie tkwili w wielometrowych korkach. Tak, wiem, gdyby nie słynny komis samochodowy skrzyżowanie Marsa byłoby już gotowe. Tam pracę widać, powinniśmy tylko ściskać kciuki, by drogowcy nie znaleźli jakiejś przeszkody, która imponującą budowę zatrzyma.
Ale naprawdę od zakończenia przebicia ulicy Szaserów nic nowego na terenie dzielnicy nie powstało. Za to z planów spadła przebudowa ronda Wiatraczna. To skandal. Rozumiem, że ta przebudowa wiąże się z budową wiaduktu nad linią kolejową, powiązaniem obwodnicą obu Prag i jest tam jakiś kłopot, brakuje też środków. Ale dlaczego nie można kompleksowo przebudować całego ronda? Górą, dołem, dla samochodów i tramwajów? Włączając wielki nowy gmach usługowo-mieszkalny, bazarek przy Uniwersamie i sam Uniwersam? Dlaczego nie można wybudować przyzwoitej pętli autobusowej? Dlaczego centrum dzielnicy musi być rejonem zapyziałym, niezagospodarowanym, wyglądającym z zewnątrz jak za czasów PRL-u?
Jeżeli od czegoś powinni zacząć swą pracę nowi radni, to od rozegrania kilku gier komputerowych i twardego powiedzenia: - Tak dalej być nie może. Robimy coś z rondem Wiatraczna. Teraz, natychmiast, nie czekając. (A następnie zajmujemy się obwodnicą, ale o niej przy najbliższej okazji).
Bo rondo Wiatraczna to wielki wstyd, ale jak rozliczać kogokolwiek ze wstydu?

Na miarę Szekspira

Uważniejsi czytelnicy tych zapisków wiedzą, że moje oceny przedstawień teatralnych są bardzo wyważone, spokojne i rzadko entuzjastyczne. Magia teatru, o której czasem piszę, jakoś mnie nie dotyka. Może to moja wina, a może teatrów… Jakoś nie umiem pojąć wielkości niektórych przedstawień nudząc się na nich koszmarnie.
Dlatego z wrodzonym sobie sceptycyzmem poszedłem na “Naszą klasę”. Bo cóż z tego, że tekst dostał tegoroczną nagrodę warszawskiej Nike, cóż z tego, że autorem jest sam mistrz Słobodzianek, od niedawna dyrektor Teatru na Woli, cóż z tego, że reżyserem jest tradycyjnie (u Słobodzianka) Ondrej Spisak. Ileż to razy byłem na widowisku, którego “przegapić nie moża” a okazuje się, że przegapienie go było jedynym rozsądnym rozwiązaniem.
No dobrze, gadu, gadu, czas płynie a ja nic jeszcze sensownego nie napisałem. Więc wyduszę z siebie opinię: obejrzałem przedstawienie wybitne, przejmujące i trzymające cały czas w napięciu. Obejrzałem przedstawienie przejmujące, trafiające do sumień widzów. Przedstawienie o nas - Polakach i o nas - Żydach, ale na tyle uniwersalne, że można powiedzieć, iż o nas - ludziach.
Narracja toczy się wolno, kolejne lekcje prezentowane przez klasę z pokolenia Kolumbów są opowiadane spokojnie, jakby beznamiętnie. Oczywiście - bicie jest biciem, strzał - strzałem a ślub - ślubem. Wszystko na swoim miejscu. Tylko klasa jest nietypowa. Z Jedwabnego, gdzie w czasie wojny Polacy zapędzili do stodoły i spalili 1600 Żydów. Wydarzenie znane, opisane, wielokrotnie skomentowane.
W klasie większość to Polacy. Będą oni rozgrywać swoje marzenia, być dobrymi z okrutnymi zarazem, miłymi i zwyrodnialcami. A w dramacie Słobodzianka Żydzi nie są lepsi. Jest ich mniej, na dodatek w czasie wojny większość ich ginie, ale gdy mogą odegrać się na swoich kolegach z klasy, czynią to skutecznie. Aż za bardzo.
Każda z kilkunastu osób jest bardzo wyrazista, jest reprezentantem jakiejś grupy krzywdzonej lub krzywdzącej. Najciekawsze to te, które z krzywdzonych stają się krzywdzącymi lub na odwrót. Historia się nie powtarza, ale kolejny wróg Polski stawia przed jej obywatelami kolejne niemoralne zadania. Nie zawsze wiążące się z mordem, czasem z ideologią - ot, na przykład po zajęciu w 1939 roku części Polski przez Związek Radziecki.
W klasie Tadeusza Słobodzianka uczniowie sprzed II wojny światowej dorastają a później starzeją się. Wszyscy, prawie wszyscy przegrali swoje życie. Przegrali na różnych etapach. Życie często dawało im szansę a oni czynili zło. Tak było prościej. Tylko jeden rabin Piekarz, który stracił w owej stodole całą, ale to calutką rodzinę będzie tym, który da życie ogromnej rodzinie, gdyż ma siedmioro dzieci, a te dzieci mają swoje dzieci, które też dzieci mają… Inni tej szansy nie będą mieli. Bo ten, co jest ponoć na górze na przykład dopilnował, by dwaj bohaterowie stracili tego samego dnia swych dorosłych synów.
Po zakończeniu przedstawienia aktorzy wychodzą na scenę na chwilę, byśmy mogli ich nagrodzić oklaskami. Pozostawiają nas z naszymi zasadami, normami, regułami postępowania. Czy jesteście jak uczniowie z “naszej klasy” - pyta nas Słobodzianek a każdy z nas musi indywidualnie we własnym sumieniu odpowiedzieć na to tak proste pytanie.
PS Na miarę Szekspira? Może nie mam racji, ale tak mi się wydaje.

Kandydat

Głupia sprawa. Być kandydatem, który ma niewielkie szanse. Minimalne. To smutne, ale prawdziwe. Jaką pracę trzeba wykonać, aby wejść do rady z drugiego miejsca naszej listy? Jaką trzeba mieć popularność, aby zdobyć kilka tysięcy głosów niezbędnych do awansu?
Na dodatek - bądźmy realistami - nasza lista zdobędzie nie więcej niż dwadzieścia procent głosów, będzie miała trzeci wynik, a że z dzielnicy wybierzemy tylko pięcioro radnych, więc z naszej listy wejdzie jeden. Pierwszy. To znaczy pierwszy, który będzie miał najwięcej głosów, czyli po prostu pierwszy a nie drugi. Bo startowanie z drugiego miejsca jest prestiżowe, prawie takie samo dobre, jak z pierwszego, ot srebrny medal, ale wielu mieszkańców nie patrzy na nazwiska, lecz po prostu zaznacza tego pierwszego na liście. A szkoda.
Gdy cztery lata temu byłem radnym Warszawy, moi koledzy partyjni umieścili mnie na miejscu szóstym! Bardzo się zdziwiłem, ale z nikim na ten temat nie rozmawiałem. Bo pomimo niezłych notowań - radnym byłem nie najgorszym, musicie uwierzyć na słowo, nikt tego nie docenił. Miałem nazbierać głosy dla tego pierwszego, i tyle. Tylko samorządowcy innych partii - tak Platformy, jak i PiS, dziwili się głośno. Dlaczego spuszczają faceta, który się zna na przykład na edukacji i kulturze w mieście jak mało kto, który potrafi się dogadać z urzędnikami, któremu zależy (autentycznie zależy), by w mieście zyło nam się lepiej? Cóż, przed czterema laty nie protestowałem. Z pierwszego miejsca wszedłbym bez problemu, z szóstego miałem trzeci wynik na liście. Nie najgorzej, ale nie najlepiej. Należało przegonić pierwszego. A to było niemożliwe.
Zacząłem ten tekst od stwierdzenia, iż mam minimalne szanse. Ale mam szanse i tego będę się trzymał.

Next Page »