Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

February, 2013 w archiwum

Już 300

Jak ten czas leci! Już niedługo się okaże, że moje ośmioletnie kierowanie „Czuwaj” to bardzo skromny fragment w historii naszego instruktorskiego miesięcznika. Swoją drogą warto popatrzeć, czy nie jesteśmy najdłużej bez przerwy funkcjonującym na rynku harcerskim czasopismem „papierowym”.
Mój stosunek do „Czuwaj” jest ambiwalentny. Nieliczni już pamiętają, że w samych początkach pismo narodziło się jako taka inicjatywa Głównej Kwatery, której celem było także przy okazji zduszenie istniejącej na rynku „Drużyny”, w której pracowałem.
Więc tego nowego tworu nie lubiłem, ceniąc i szanując twórcę pisma (na początku dwutygodnika) Olgierda Fietkiewicza i naczelną, która „Czuwaj” rozwijała – Alinę Leciejewską. Lubić i nie lubić zarazem – przyznacie, kłopot.
Gdy od Aliny pismo przejmowałem, naczelnik Ryszard Pacławski powiedział: - Zrób coś, aby pismo było redagowane z nerwem. - I z owym nerwem (starsi druhowie, pamiętacie moje „Wężyki”?) starałem się „Czuwaj” prowadzić. Po ośmiu latach okazało się, że miesięcznik jest nieciekawy. Że potrzebna jest świeża, młodsza instruktorska krew. Konkurs na naczelnego wygrał Grzesio Całek.
Zabrano mi moją ulubioną zabawkę, dano ją Grzesiowi. Grzesia lubiłem - „odnowionego” pisma nie. Historia z lekka się powtórzyła.
Nowe pomysły, inicjatywy, teksty. Najpierw więc chłodno obserwowałem „Czuwaj” z boku, a później powoli, tak jakoś naturalnie wróciłem do redakcji. Oczywiście jako skromny członek kolegium.
Dziś wydajemy 300 numer. I co słyszę od moich znajomych drużynowych? Okazuje się, że miesięcznik jest nieciekawy, że młodsza kadra (a przecież w sytuacji, gdy nie ma innych w ZHP centralnie wydawanych czasopism na rynku „papierowym”, jestesmy wydawnictwem także dla przewodników) nie znajduje dla siebie w „Czuwaj” tekstów do poczytania.
Ot, czas płynie. Może potrzebna jest w gazecie nowa rewolucja programowa? Przyznam, że nieco liczę na efekty konferencji, jaka odbędzie się w marcu z okazji wydania 300 numeru. Bo dyskusja może być burzliwa. I jej efekty ciekawe.
Czego Grzesiowi, Misi (mojej a później Grzesiowej zastępczyni, o której ani słowa tu nie napisałem) i sobie życzę.

Jak Czarniecki do Poznania

Na nauczaniu, szkole, szkolnictwie, wychowaniu znamy się wszyscy. A więc i ja też. No może nawet ja znam się nieco więcej niż przeciętny obywatel III RP. Bo musi się liczyć moja kilkudziesięcioletnia praktyka w szkole i jeszcze dłuższa niż szkolna praktyka w roli instruktora ZHP.
Jeżeli więc znam się na szkole i wychowaniu, to może warto kilka przemyśleń przelać na papier… Nie, już nie na papier, lecz wpisać gdzieś na jakiś daleki i niezrozumiały dla mnie serwer.
Otóż coraz bardziej gnębi mnie pytanie (bo to nie jest nowy temat w tych zapiskach), co przeciętny polski nastolatek - ot, uczeń pierwszej klasy liceum - powinien wiedzieć. Co jest tą podstawową wiedzą (i podstawowymi umiejętnościami), jakie są niezbędne, by móc normalnie funkcjonować we współczesnym świecie. Dziś przecież nie jest problemem zdobycie informacji z jakiejkolwiek dziedziny wiedzy. Ale co jest a co nie jest wiedzą bazową, która powinna być dziecku i sączona od przedszkola? I zapamiętywana nawet wbrew dziecku i nastolatkowi.
Ot, zastanawiam się, czy 16-latek powinien znać nasz Hymn Narodowy. Nie rzecz w zapamiętaniu słów, które można bezmyślnie powtarzać. Rzecz w rozumieniu treści. Już przy Dąbrowskim mamy kłopot. Wysocki? Dąbrowski? Kim oni byli? Ale tragedia zaczyna się przy Czarnieckim, który gdzieś był z wojskiem w dalekim kraju i dla ojczyzny ratowania wracał przez morze. Tarabany to naprawdę drobiazg.
Nauczycielskich dykteryjek pod tytułem “oni niczego nie wiedzą” można przytaczać dziesiątki. Mniej lub bardziej są śmieszne lub zawstydzające. Dlaczego ksiądz w IV części “Dziadów” miał dzieci? Większość gimnazjalistów omawia ten utwór. I nie potrzebują, tkwiąc w naszej obyczajowości, wiedzieć, dlaczego tak było u Mickiewicza?
Ostatnio zdziwiłem się, gdy opowiadając o jakimś obiekcie powiedziałem: - To koło pomnika Powstania Warszawskiego przy placu Krasińskich. - I okazało się, że uczniowie tego pomnika nie znają. A przerabiali “Pamiętnik z powstania warszawskiego”. Ani jeden nauczyciel nie zaprowadził w Warszawie swych uczniów, nie pokazał, gdzie przebywał Białoszewski w czasie powstania, gdzie wybuchł czołg-pułapka, gdzie powstańcy na tym właśnie placu wchodzili do kanałów?
Wiem, nawet w czasie lekcji można każdą informację znaleźć w internecie. Przeczytać i natychmiast zapomnieć. Pisałem już o tym. Pewną 18-latkę zapytałem, jaka rzeka przepływa przez Paryż. Nie wiedziała. Zapytałem więc ją, czy w Paryżu była. Owszem, zwiedzała stolicę Francji.
Po co ma znać nazwę Sekwana, jeżeli nie zdaje matury z geografii i może spojrzeć do Wikipedii.
A ja się nadal zastanawiam - jaka powinna być wiedza bazowa naszej przyszłej młodej inteligencji. Kto mi powie, jaka?

Zabójca

Bardzo lubię, gdy tekst współczesnego dramatu jest jasno, logicznie napisany. I bardzo lubię, aby akcja utworu dobrze się skończyła. O ileż milej jest oglądać komedię romantyczną niż tragedię i śmierć głównego bohatera. I jeszcze powinny być zaskakujące zwroty akcji, niech ich będzie kilka, niech nas autor zadziwia. Oglądając przedstawienie nie chcę wiedzieć, co się zdarzy za chwilę.
Tym razem nawet mogę darować autorowi formę budowania dialogów, które w dużej części są zwyczajną narracją lub wypowiedzią o charakterze monologu uzupełnionego didaskaliami i z tradycyjnymi wypowiedziami bohaterów dramatu niewiele mają wspólnego. Cóż, nowoczesność przekazu ma swoje prawa. Niech więc sobie będzie owa narracja. Trudno.
Podobał mi się “Zabójca” w Baraku Teatru Współczesnego. Ciekawy, kameralny spektakl, w którym z pewnym przymrużeniem oka, zabawnie, czasem z odrobiną goryczy pokazano współczesne problemy części środowisk młodych Rosjan. Oczywiście zlecanie zabójstwa (a właściwie dokonanie zabójstwa) w zamian za umorzenie długu nie jest typowe. Pomysł autora przede wszystkim bawi. Dylematy bohatera są nieco naciągane. Ale ta rosyjska prowincja tak realistycznie przedstawiona, ta matka, która prowadzi sklep (własny, prywatny!) w jakimś baraku. Te autobusy, to łapanie “okazji” na szosie. Ta “kanarzyca” w trolejbusie… Ileż tam smaczków, ileż subtelnie pokazanych drobnych elementów składających się na ogólny obraz współczesnej Rosji.
Aleksander Mołczanow potrafi pisać. Wojciech Urbański nieźle dramat wyreżyserował. Cóż, każdy z aktorów może mieć słabszy dzień, taki miał Mateusz Król, nowy nabytek Teatru Współczesnego, gdy oglądałem go na scenie. Miejmy nadzieję, że w trakcie innych przedstawień jest bardziej skupiony i nie musi haftować tekstu. Ale całość jest świetna, rzadko ostatnimi czasy zdarza mi się powiedzieć “to jest to”.

Niedziela na Maderze…

Niedziela to dzień jak każdy inny, po prostu i w niedzielę coś się dzieje.
Śniadanie
Wieczny dylemat. Jajecznica? Omlet (i z czym)? Jajko na miękko? Sadzone? Do tego fasolka? Paróweczki? Pieczone pomidory? Bekon? A może dziś bez jajek? To zaczniemy od musli? A później wędliny? Sery?
Nie, nie będę kontynuował tych znaków zapytania. Każdy, kto korzysta z dobrodziejstw szwedzkiego stołu, wie, ile się trzeba namęczyć, zanim położy się coś na talerz. Tym razem jedyna dla mnie nowość - do śniadania można sobie wziąć do picia jakiś szampanowopodobny napój musujący. Są ponoć takie nacje, dla których jest to norma. Jak są, to niech sobie będą.
Żółtym autobusem
Autobus jeździe w kółko - jak w wielu miejscach na świecie. Można do niego wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu. Jeszcze tylko nałożyć słuchawki i można dowiedzieć się, kiedy zbudowano katedrę i kiedy pierwszy samolot wylądował na tutejszym lotnisku. Coś już wiem o miejscowych generałach i o stadionie piłkarskim.
Jeździmy więc po Funchal - stolicy Madery (mieszka tu prawie połowa mieszkańców wyspy) i okolicach. Jeździmy i słuchamy. Nowe wiadomości, stare wiadomości.
Lunch
Jeden z ciekawszych punktów dnia. Zupa dnia lub jakieś dwie inne - nie jadam. Sałatki - nie zamawiam. Proszę o jedno z lunchowych dań głównych. Jest ich sporo do wyboru, lecz fascynujące jest smażenie (grillowanie?) na gorącym kamieniu. Dostajesz surowe kawałki łososia lub krewetki, albo stek. Solisz, na kamień wlewasz odrobinę oliwy, kładziesz mięso i czekasz na efekt. Bardzo smaczny. Później deser, kawa i możesz czekać na kolację.
Popołudnie
W niewielkim miasteczku Camara de Lobos, które rozsławił Winston Churchill. Był na Maderze i malował łodzie rybackie. A miasteczko to domki na wielu poziomach, zatoka (można tu kupić świeże mule i suszonego dorsza), piękne dwa malutkie kościoły i cudowna panorama na ocean. Stąd widać jeden z najwyższych, ponad pięciusetmetrowy klif. Gdy stoi się na takim niższym - trzystumetrowym - żołądek podchodzi do gardła. Na tym największym klifie wybudowano ostatnio punkt widokowy ze szklaną platformą - tam nie pojadę.
Kolacja
Pełna kultura. Kelnerzy, obrusy, serwetki. Przystawka, wcześniej czekadełko. Wszystko serwowane jak w restauracji najwyższej kategorii. Jak to tak zwane drugie danie to jest podane! Choćby z tego powodu chce się to jeść. Ryba, mięso i makaron - do wyboru. Deser jak z najlepszych warszawskich cukierni. O tych daniach zasadniczych powinienem napisać oddzielny felieton w dziale “Kuchnia”, ale kto pojedzie specjalnie na Maderę, aby jeść tam dobrą dania europejskie?
Wieczór
Dziś gra saksofonista. Wczoraj ktoś na gitarze, poprzednio na instrumencie klawiszowym. Panowie robią to profesjonalnie, bawią skromnie zebraną publiczność (jesteśmy wszak po sezonie). Światowe standardy, trochę melodii portugalskich. Jutro - w poniedziałek - będzie fado. Muzyka, którą można lubić.
I jeszcze
No i jeszcze zostało kilka chwil, aby przeczytać kolejny rozdział wakacyjnej książki. Dobranoc.

Madera po sezonie

Na Maderze jest po sezonie. W dzień tylko około 20 stopni, słońce prawie przez cały dzień - a tu sezon zakończony - na nowy przyjdzie nam cały tydzień poczekać. Tylko nasi rodacy są tego nieświadomi - samolot z Warszawy wypełniony do ostatniego miejsca
Madera to dziwna wyspa. Wulkaniczna, a owszem. Ale cała zielona. Nie tak jak znajdujące się nieco na południe Wyspy Kanaryjskie. Bo na Maderze nie brakuje wody, ponoć z powodu chmur, które rozbijają się na wysokich górach tej wyspy. Dlatego w temperaturze od zimowych 20 stopni do letnich 30 wszystko rośnie jak oszalałe. także kwiaty kwitną bez przerwy, więc i teraz - w środku zimy - można fotografować piękne kolorowe cuda natury. Motyle też latają, bo dlaczegóż by nie?
Madera to ciekawa wyspa. Legenda głosi, że po przegranej bitwie pod Warną młody król Władysław (władca Polski i Węgier) tu spędził ostatnie lata życia. Niektórzy przewodnicy w tę legendę wierzą i miejsce, gdzie ponoć była siedziba króla, pokazują.
To wyspa, gdzie jest kłopot z kąpielą. oczywiście nie w licznych basenach, lecz w Atlantyku. Paskudne kamienie, wysokie fale. Cóż z tego, że temperatura wody i powietrza nie różni się. Co prawda usypano tu plażę piaskową, piasek przywieziono z Maroka, ale woda jest nieustępliwa. Piasku na plaży jest coraz mniej.
Ponieważ to zastygła lawa, wierzchołki na niewielkiej wyspie pną się ponad chmury. W ciągu pół godziny można z poziomu oceanu dostać się na ponad 1000 metrów. Nieprzyzwyczajeni do spoglądania w przepaście mogą nabawić się lęku przestrzeni. Okropne (i piękne) widoki.
Z tej wyspy Kolumb rozpoczął swą wyprawę w celu odkrycia wschodnich wybrzeży Indii. I na niewielkim żaglowcu (replika wozi tu turystów, więc wiem) wyruszył przez Atlantyk. Ale nie wielka wyprawa najsłynniejszego odkrywcy nowych lądów przysporzyła Maderze zainteresowania milionów mieszkańców Ziemi. Wszyscy, którzy o tej wyspie nie słyszeli, coś o niej od niedawna wiedzą, bo tu urodził się przesławny piłkarz Cristiano Ronaldo. Proste.
Madera to terytorium Portugalii. A więc to kawałek afrykańsko-atlantyckiej Europy. Na lotnisku nikt nie chce, aby mu pokazywać paszport (wszak to Unia Europejska), ale równocześnie jesteśmy w krainie egzotycznej - nie tylko z powodu Kolumba i Władysława Warneńczyka. O tym niebawem.