Adam Czetwertyński

Harcerstwo (204) Kuchnia (25) Kultura (279) Polityka (37) Pożegnania (32) Szkoła (74) Varia (109)

February, 2020 w archiwum

Wołosatki

Kiedy ostatnio byłem na koncercie “Wołosatek”? Tak, to było 20 lat temu. Zespół obchodził swe 25-lecie. W kieleckim teatrze im. Żeromskiego spotkały się harcerskie pokolenia - przede wszystkim uczestników “Operacji Bieszczady 40″ i uczestników festiwalu w Wołosatem. Było wspaniale. Nie, nie miałem z tym zespołem wielu spotkań. Ze dwa razy przy różnych okazjach w Bieszczadach, kiedyś (tak, tak) w Danii. Przypomnieć sobie dawne, zapoznać się z nowymi wołosatkowymi piosenkami - duża przyjemność. Sporo tych piosenek przecież śpiewamy na co dzień. Słynny harcerski zespół występuje w warszawskiej “Stodole”, dzień po Dniu Myśli Braterskiej - poszedłem.
Nie zawiodłem się. Było jak zawsze. Druh Pomorski w dobrej formie (a prowadzi “Wołosatki” 45 lat!), zespolik akompaniujący bezbłędny, a dziewczyny (i jeden chłopak) śpiewają jak zawsze. Z jednej strony to piękne - kolejne pokolenia śpiewają jak przed laty! Pewnie około dziesięciorga “seniorek” - byłych wokalistek zespołu, które siedziały na sali powiedziałyby to samo. Ale z drugiej strony to takie nudne. Młodzi wokaliści stoją przy swoich mikrofonach rytmicznie się poruszając. Od pierwszej do ostatniej piosenki. Tak ciągle tak samo? Nie rozumiem. Dobrze, że zaproszono na scenę gościa - jego występ rozbił tę monotonię. I jego młodziutka córka - grała na saksofonie!
Pamiętamy. To był zespół harcerski. Przez długie lata ich kalendarz prezentował grupę w harcerskich mundurach sfotografowaną gdzieś w Bieszczadach. Wyobrażacie sobie, że w ciągu półtoragodzinnego koncertu, gdy dziewczyny prowadzą narrację zapowiadając kolejne piosenki, ani razu nie pada słowo “harcerstwo”? Nie było nic o bazie Chorągwi Kieleckiej, o Operacji Bieszczady 40, o mundurach. Było o górach, przyrodzie, wędrówce, było o przyrodzie. I tyle.
Trochę zdziwiłem się, że “Wołosatki” mają w Warszawie tak mało fanów. Może harcerzy wypłoszyła “cywilna” Stodoła? Może nie było zaproszeń w warszawskich hufcach? Na widowni kilkoro, dosłownie kilkoro starszych harcerskich instruktorów. To zadziwiające.
Piszę tak sobie piszę i cały czas zastanawiam się, czy gdyby zespół przyjechał na występ do stolicy poszedłbym na ich występ czy nie. A więc wyobraźcie sobie, że powtórnie znów pójdę. Choć to teraz cywile.
PS 1 Kupiłem płytę z piosenkami “Wołosatek” i ich przyjaciół. Jaka to słabizna. Piosenki nagrywane w studio brzmią nieprawdopodobnie amatorsko. Jednak w sali, gdy publiczność czuje, reaguje na występ, zupełnie inaczej się słucha. A takie śpiewanki ze skromnym zazwyczaj akompaniamentem? Oj, jakie są marne…
PS 2 Przypominają mi się “Filipinki”. Teraz już panie na emeryturze. One też zaczynały jako harcerki w zespole Skoraczewskiego. Tak bywa. Nie zawsze i nie do końca życia (także zespołu wokalnego) trzeba być obowiązkowo w harcerstwie. Ot, trochę to dziwne, trochę smutno. Da się przeżyć.

Medytacje

W zapowiedzi czytamy “medytacje teatralne”. Widowisko, przedstawienie, sztuka - rzecz wystawiana na scenie Teatru Powszechnego nazwano medytacjami. Na scenie góra wyglądająca jak wielkie narzucone kostki styropianu. Z boku wystaje wielka ruszająca się dłoń. (Już niedługo się okaże, że góra w środku jest pusta - po obróceniu się sceny zobaczymy rusztowanie z ekranem telewizyjnym w środku).
Aktorzy ubrani w dziwne stroje - jakiś muślin, jakaś folia. Ni to ludzie, ni to stwory jak z kreskówek o stworach z kosmosu. Nieruchomi, poruszający się w zwolnionym tempie lub ruszający rękami jak roboty.
Strasznie trudno medytować, gdy jesteśmy atakowani obrazami jak ze złych snów. Na dodatek od czasu do czasu światła ze sceny walą nas prosto w oczy. Twórcy widowiska stworzyli warunki do antymedytacji. I tylko do niej.
Oglądamy (uczestniczymy?) “Boską komedię”. Ponoć Dantego. Owszem, pan Koza (to zadziwiające, że wielcy współcześni artyści nie posiadają imienia i nazwiska) jako dramaturg całego zadziwiającego przedstawienia wybrał jakieś fragmenty utworu. Pododawał jakieś inne teksty, nawet “na wstępie” dość długie i zawiłe. Pewnie była w tym jakaś logika, ale czy wszyscy muszą tę logikę zrozumieć? Żeby było jasne - ja jej nie zrozumiałem.
W widowisku mamy Dantego, mamy Wergiliusza, jest Beatrycze. I wydaje się, że nic z tego nie wynika. Nawet Dante wspinający się na ową “pustą” górę nie robi wrażenia.
Wydaje się, że najciekawsze z całej “Boskiej komedii” były uwagi zszokowanej publiczności, która wypełniła cały teatr. “Nic nie rozumiem”. “O co Garbaczewskiemu chodziło?”. “Czy to była Boska komedia?”. Słychać było wokół.
Ponoć Krzysztof Garbaczewski wszystkie swoje przedstawienia nazywa teraz medytacjami. Ale przecież nie chodzi nam, widzom teatralnym, aby uczestniczyć w ekspiacji reżysera. Powinien on jednak budować spektakl dla widza a nie dla siebie. W tym przypadku wydaje się, że zabawił się z nami, jakby na złość pokazując nam język. Żal. Bo musimy żałować wydanych na bilet pieniędzy i straconego czasu. Musimy żałować aktorów biorących udział w jakimś dziwnym wydarzeniu. Musimy żałować, że nie pokazano nam autentycznych (i uniwersalnych) problemów ludzi późnego średniowiecza. Nie starano się choćby fragmentarycznie porozmawiać z widzem o moralności, która tak istotna jest w tekście Dantego. Ot, stworzył Garbaczewski wydmuszką, a jak wiadomo wydmuszka (jak góra na scenie Teatru Powszechnego) jest w środku pusta.
Przeczytałem w jakiejś recenzji, że równolegle z “akcją” owych medytacji tak samo ważne są wyświetlane powyżej sceny animacje w technice VR. Dla kogo ważne, dla tego ważne, ja ich (moja wina) po prostu nie obserwowałem.

“M”, czyli o mądrych (literki nr 21)

Mojemu Ulubionemu Instruktorowi coś się od rana nie wiodło. Woda pod prysznicem była za zimna, skarpetki trafiły mu się od dwóch par, a w pojemniku na chleb Mulin odnalazł dwie nadpleśniałe bułeczki. - Co za życie - pomyślał. - Czy nie lepiej jest raniutko wypić filiżankę dobrej kawy i dać sobie spokój z tymi codziennymi, banalnymi czynnościami? Jakiś prysznic, jakieś bułeczki… Jak żyć? - Mulin potrząsnął głową i zaczął myśleć.
Myślenie to (tak, tak, wiemy)… Mulin się zamyślił. A myślenie, wbrew niektórym. ma kolosalną przyszłość. Myślał więc Mulin o czymś, co jest mu najbliższe. Była to jego ulubiona organizacja. Ku swemu nieszczęściu (czy to przez te bułeczki?) zaczął filozofować. I zaczął się zastanawiać, czym jest mądrość. Zwykła, ludzka, uczciwa mądrość. Obejrzał się wokoło. Nawet popatrzył w lustro, Nie, nie zobaczył w okolicy człowieka mądrego. A jak to jest w jego ulubionej organizacji? Czy są w niej ludzie mądrzy? I czy mądrzy ludzie są jej potrzebni? Pomyślał chwilę (tak, tak, pomyślał) i zaczął przypominać sobie dorosłych członków jego ulubionej organizacji. Najwięcej było ambitnych. Dużo też znał dobrych organizatorów. Znalazł wśród nich instruktorów skłonnych do poświęceń a nawet takich, którzy po prostu są w niej z nudy, bo nie znaleźli sobie w życiu czegoś lepszego do robienia. Był między nimi głupawy wesołek i kilku przemądrzalców, którzy wiedzą wszystko najlepiej. Byli też leniwi (tzw. lenie patentowani), aktywiści, starcy chcący być całe życie młodzi i młodzi udający starców. Wielu, bardzo wielu. Mulin przypomniał sobie jeszcze kilka typów, ale pomyślał, że nawet pomyśleć o nich nie powinien.
Tylko tych mądrych, prawdziwych filozofów, jakoś w jego ulubionej organizacji było stanowczo za mało.
Przypomniało mu się zdanie jego nauczyciela sprzed lat, który dzielił ówczesną inteligencję na ludzi uczonych (których nie cenił) i mądrych. Dawał przykład wiejskich mędrców, do których przychodzi po poradę pół wsi. Takich ludzi zupełnie nieuczonych, ale mających w okolicy ogromny autorytet.- Gdzie są ci mądrzy w mojej ulubionej organizacji - szepnął Mulin do siebie. Bardzo mu ich brakowało, niech to będzie wesołek, ale mądry. Niech będzie mądry leniwiec - tak by chciał z mądrym członkiem jego ulubionej organizacji porozmawiać. I wiedział, o czym.
Cóż, nie ma bułeczek, pora na filiżankę dobrej kawy. Pewnie nic dobrego Mulina tego dnia nie czeka…

500 szczęśliwych staruszków

No, przesadziłem. Nie wszyscy są staruszkami. Niektórzy (i niektóre) mają prawdopodobnie ponad 80 lat, ale część z nich (a szczególnie osoby płci żeńskiej) pewnie tylko 60. Nie opiszę wam sanatorium w którymś polskim zdrojowisku, lecz hotel dla dorosłych na Lanzarote. Bo 500 szczęśliwych staruszków na tej wyspie przebywa w jednym hotelu. I tak naprawdę poza tymi osobami w starszym wieku w hotelu innych gości nie ma (nie piszę tu oczywiście o personelu). I jeszcze jedno - wśród nas są Brytyjczycy, Niemcy, Skandynawowie… Może jeszcze trafi się jakiś Holender lub Francuz. Nie ma wśród nas Rosjan i nie ma Polaków (to znaczy jest nas dwoje i poza nami rodaków naszych brak). Co z tego wynika?
Jest super. Hotel dla dorosłych. Wiecie, jak jest miło, gdy między nogami nie pojawiają się jakieś krzyczące maleństwa. Jak jest znakomicie, gdy wieczorem nie ma taneczno-muzycznych aktywizacji dla dzieci?
Oj, jak miło jest w restauracjach, bo starsi państwo nie zajmują się układaniem na stołach produktów, jakby przygotowywali przyjęcie weselne. Nie nakładają sobie na talerze kopców jedzenia, aby zjeść z nich tylko cząstkę. Staruszkowie jedzą normalnie - jak ludzie. To takie wspaniałe.
I ubierają się, jak na ludzi przystało. Rano i w południe całkiem dowolnie (ale nie pokazując muskulatury, jak to w wielu przypadkach w takich hotelach bywa), zaś wieczorem wszyscy są właściwie ubrani - jedzą przecież kolację. Ani razu nie zauważyłem mężczyzny w krótkich spodenkach! Pełna kultura.
I, wyobraźcie sobie, nikt nie krzyczy w trakcie jedzenia, jakby znajdował się w szkole na korytarzu. Ileż razy wstydziłem się za naszych rodaków, którzy uważali, że cały świat jest ich, i na inne osoby nie muszą zwracać uwagi. Wszak oni są prawdziwymi Panami (którzy wypili za dużo alkoholu).
500 staruszków w ciągu dnia ginie na terenie hotelu. Jakaś grupa się opala, jakaś spaceruje. Ale z niewiadomych powodów nie widać ich. Część leżaków jest wolna (widzieliście to w innych hotelach?). Staruszkowie pojawiają się dopiero wieczorem. A to w barze, gdzie gra ktoś na fortepianie lub śpiewa przeboje sprzed lat. A to w sali widowiskowej, w której występuje jakiś zespól, który tańczy, śpiewa, gimnastykuje się. Dwustu staruszków cieszy się i pije dobre koktajle. Choć nie siedzą cały czas. Trzeba było zobaczyć, jak tańczyli przy piosenkach ABBY! Jakby mieli o 50 lat mniej!
Wybrani staruszkowie (ci, którzy nieco więcej zapłacili) mogą udać się do sali dla tych wybrańców. Ile tam napojów wyskokowych! Także do zrobienia sobie koktajli. I choć tych napojów (jakby “za darmo” jest mnóstwo, to staruszkowie piją spokojnie kawę, colę, i alkoholu nie nadużywają. Błoga cisza. O innych przyjemnościach, którzy mają wybrani, rozpisywać się nie będę. Są malutkie (ot, czekoladka wieczorem na poduszkę) i znacznie większe.
Tak, nie ma to jak mieszkać w hotelu 500 (staruszków) plus. Żyć, nie umierać.