Adam Czetwertyński » 2013 » January

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

January, 2013 w archiwum

Mała Gruzja

Wizyty w naszych warszawskich etnicznych restauracjach zawsze budzą pewne moje zaniepokojenie. Czy Chińczycy będą bardzo oryginalni, przecież takich autentycznych dań chińskich (chyba) zjeść się nie da. Czy te japońskie sushi będą się nadawały do spożycia? Przecież tyle tam surowizny. Hinduskie lody? Specjalności greckie? Wydaje mi się, że pewne podrasowanie oryginałów, aby nam, Polakom, smakowało, jest bardzo potrzebne.
“Mała Gruzja” serwuje kuchnię gruzińską, ale także bałkańską. Oryginalną? Nie wiem.
W małym piwnicznym lokaliku w centrum Warszawy restauracja ta działa już od kilku lat. Dwa pokoiki, bardzo przeciętnie udekorowane. Widać, że właściciele nie zatrudnili zawodowych plastyków. Jakieś nakrycie wisi na ścianie, na tablicy gruzińskie napisy, na podłodze dywanik, z boku piec - zimny i wcale niezdobiący wnętrza. Z głośników płyną gruzińskie melodie…
Na stolikach napisy “zarezerwowane”. Oj, wcale niełatwo zjeść tu kolację wchodząc po prostu z ulicy.
A co jeść? Lista dań na szczęście niezbyt długa. Nieznane nazwy tłumaczone na polski. Ale najważniejsza pozostaje tu kelnerka, która o menu z karty wie bardzo dużo i spokojnie radzi, informuje, prostuje. Bez niej byłbym jak przedszkolak, którego wpuściło się do sklepu z grami komputerowymi dla dorosłych.
Wybraliśmy z G. talerz numer 2. Nie żałowaliśmy. Po zjedzeniu pełnego obiadu mogę z czystym sumieniem powiedzieć jedno - było to bardzo smaczne. Papryka faszerowana jagnięciną zapiekana pod gruzińskim serem. Takie same bakłażany. Wspaniałe gruzińskie pierogi (w każdym z nich nie tylko mięsny farsz, ale i smaczna odrobina rosołu). Jakieś sałatki, jakaś fasola z dobrymi ziołami… A w karcie trochę dobrze wyglądających dań, szczególnie z grilla. Trzeba będzie do “Małej Gruzji” jeszcze kiedyś wpaść.

Kamasutra na Woli

- Bardzo mi się podobało - powiedział W. po obejrzeniu premierowego przedstawienia “Kamasutry” w Teatrze na Woli. Zdumiałem się wielce, i choć wcale nie chciałem rozpoczynać z nim dyskusji, wyszeptałem:
- Jak Ci się mogło to podobać, przecież to było koszmarnie nudne. - Otaczał nas tłum ludzi, którzy najbardziej byli zainteresowani kanapkami i sałatkami rozstawionymi na stołach w foyer. O sztuce porozmawiają sobie później.
G. poparła mnie, na szczęście znacznie głośniej: - Na dodatek ten chłopak w niebieskim swetrze mówił niewyraźnie, gubił słowa i nieco seplenił.
- Ale jakie to było estetyczne, jakie ładne kolory i ruch sceniczny. Z jaką przyjemnością się na to patrzyło - W. zdawał się nieugięty w swych poglądach.
I tu miał rację - przedstawienie było niewątpliwie estetyczne a ruch sceniczny dopracowany do najdrobniejszych szczegółów. I co z tego? Ten teatr przypominał mi znane z literatury amatorskie “Żywe obrazy”, tyle że nieco rozbudowane na scenie teatralnej. To nie mogło się sprawdzić. Choć tego można się było spodziewać. Gdyby takie przedstawienie pokazali uczniowie któregoś z warszawskich liceów, oceniłbym ich na piątkę.
Ciekawe jednak, iż tekst hinduskiego dzieła w ustach aktorów brzmi bardzo współcześnie. Ot, taka ciekawostka. Okazuje się, iż nasza kultura przez wieki wcale nie zmienia się zbyt gwałtownie. Te uwagi na temat higieny czy na temat kosmetyków moglibyśmy zamieścić w którymkolwiek czasopiśmie dla kobiet - i wcale byśmy nie zauważyli, że to słowa napisane przed wiekami.
Kamasutra, jak czytamy w Wikipedii, to traktat indyjski w sanskrycie na temat seksualności i zachowań seksualnych. (…) Traktat przeprowadza wszechstronną analizę współżycia seksualnego dostarczając wielu informacji pobocznych na temat kultury, gdyż omawia nie tylko teorię i praktykę sztuki miłosnej, lecz zawiera także informacje np. o prostytucji, jej roli w życiu społecznym i kulturze dawnych Indii. (…) Kamasutra uważana jest za tekst filozoficzny, wzbogacający ars amandi w płaszczyźnie życia szczęśliwego.
Więc Aldona Figura postanowiła nam owe poboczne informacje wyeksponować. I to się bardzo przeciętnie jej udało. Bo “Kamasutra” recytowana, bo “Kamasutra” ilustrowana - cóż to za teatr? Obejrzeliśmy “Kamasutrę” dla gimnazjalistów, którzy mogą na spektakl przyjść z rodzicami. Może o to chodziło twórcom tego dziwacznego widowiska?
Fakt - Scena na Woli nie jest teatrem Warlikowskiego lub Jarzyny. Jest tradycyjny, ze skromnymi produkcjami. Taka jest i ta. bez wyrazu, taka, jak powiedziała G., strasznie nudna.

Dlaczego się o tym uczyć?

W czasie lekcji na początku roku zostało zadane mi pytanie: - A dlaczego mamy się o tym uczyć? - Rzecz dotyczyła wiedzy o Warszawie i współczesnego funkcjonowania najważniejszych kościołów ewangelickich, które utworzone zostały w epoce odrodzenia. Troszkę mnie to pytanie zatkało a potem zacząłem tłumaczyć, że to wiedza historyczna, wiedza o architekturze (chciałem wiedzieć, gdzie są zlokalizowane budynki kościołów, kiedy zostały zbudowane i w jakich stylach), wiedza o stolicy (i umiejętność poruszania się po mieście). I cały czas wydawało mi się, że na pytanie ciągle odpowiadam połowicznie. Bo niby dlaczego nasz 16-latek ma wiedzieć cokolwiek poza podstawową wiedzą książkową?
I dopowiedziałem: - Bo bardzo chcę, abyście nie byli głupkami.
Mamy dziś przedziwną sytuację, że nasi licealiści mają niewielką, bardzo niewielką wiedzę o otaczającym nas świecie. A przecież mają takie ogromne możliwości, nieporównywalne do poprzednich pokoleń. I co chwila ręce mi opadają. Przykłady?
Rozmawiam z maturzystą o “Jądrze ciemności”. Akcja utworu zaczyna się na Tamizie. Pytam więc, naiwny, jakie wielkie miasto leży nad Tamizą. I odpowiedź nie pada. Pytam więc, aby ucznia ośmielić, o Sekwanę. I też 19-latek nie wie. Pytam, czy był w Paryżu. Tak, oczywiście na wycieczce w Paryżu był.
Pytam naszych uczniów o lokalizację pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie. Na trzydzieścioro tylko dwoje coś wie - jakieś Krakowskie Przedmieście im się kojarzy. Pozostali nie mają pojęcia, gdzie taki pomnik może się znajdować. Oczywiście większość była na wycieczce w Krakowie i o pomniku Mickiewicza w tym mieście też nie ma pojęcia.
Przykłady mogę mnożyć. I ponieważ patrzenie na świat bez zapamiętywania go (wszak można sprawdzić w Wikipedii, o jakie miasto nad Tamizą lub Sekwaną mi chodzi) drażni mnie, zadaję uczniom pytania. Niech wiedzą, gdzie jest w Warszawie Zamek Ujazdowski (tam wszak w styczniu 78 roku miała miejsce “Odprawa posłów greckich”). Niech zapamiętają, skąd Wokulski patrzył na Pałac na Wodzie. Niech wiedzą, dlaczego ksiądz z IV części “Dziadów” miał dzieci i gdzie mieści się w Warszawie kościół Bazylianów. I gdzie jest w Warszawie ulica Skaryszewska, abyśmy mogli zlokalizować akcję “Pożegnania z Marią”.
Czy bez tej wiedzy można żyć? Ależ owszem. Ale co to za życie.
Tak, to takie drobiazgi. Wiemy to, wiemy owo.