Adam Czetwertyński » 2016 » March

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

March, 2016 w archiwum

…w bardzo dużym skrócie

To był przypadek. Kupiłem na Gruponie bilety do teatru. Był na bilecie adres. Ale to nic nie znaczy. Gdy trafiłem do sali teatralnej, okazało się, że przedstawienie, jakie mam obejrzeć, grane jest na innej scenie. Kilkaset metrów do przejścia. Nie miałem szans, aby na “moją” sztukę zdążyć. Zostałem i zamiast teatru ruchu obejrzałem teatr aktorsko-kabaretowy. Była to “Historia świata w skróconej wersji” albo coś takiemu tytułowi bliskiego. Trzech panów gra ową “Historię…” na zmianę z “Biblią” w skrócie. Od kiedy? Nie wiem, bo sam tytuł, sama koncepcja jest znana od lat. Kiedyś byłem na “Wszystkich dziełach Szekspira…”. I nawet mi się podobało.
Cóż, żałowałem, że na owej historii świata zostałem. A przecież to się publiczności podoba, salka pełna, ludzie się znakomicie bawią. A mnie jest smutno. Trzech aktorów strasznie się męczy. Muszą biedacy przebierać się w kolejne stroje, udawać radość z przeszłych wydarzeń bez ukazywania autentycznej radości. Odrabiają swą chałturę bez zapału. Lecz jak mieć zapał, jeżeli scenariusz jest kiepski, jeżeli autor czy autorzy nie mają żadnego pomysłu na przedstawienie owej historii świata? Powtarzanie, że przyszła kolejna epoka, kiedy bogaci się bogacili a biedni biednieli, nie było ani mądre, ani śmieszne. Różne były scenki, prezentujące różne epoki. Najbardziej mnie zdziwiło, że sporo czasu zajęła prezentacja trzech części “Trylogii”. Jakby zabrakło pomysłu i włączono do historii świata fragment innego przedstawienia zatytułowanego “Sienkiewicz w skróconej wersji”. Nie, takie przedstawienia nie powinny być grane. Bo to wstyd.
I dlatego z ogromną obawą poszedłem na kolejne przedstawienie o tytule, który od początku straszył. Było to “33 powieści, które każdy powinien znać”. Czyli jakiś kolejny skrót. jakieś żarty, tym razem na temat literatury. Ale Teatr Ochota jest blisko domu, odnowiony budynek obudowany kawiarnią w kratkę interesujący - zdecydowałem się. I od drugiej sceny oniemiałem. (Początek był słabiutki, ale opisywanie go zajęłoby za dużo miejsca). Sześcioro stosunkowo młodych aktorów bawi nas i każe myśleć. Nie prezentuje 33 powieści, lecz sześć (każdy z bohaterów prezentuje jeden tekst). Ale nie streszcza. To zabawne różnorodne refleksje, skróty, jakieś wyjęte wątki, sytuacje. Czasami z powieścią owe prezentacje niewiele miały wspólnego. A po ukazaniu treści utworu widzieliśmy ot, impresję (także w bardzo różnorodnej formie) ukazujące bohatera sztuki, jego marzenia, jego charakter, jego stosunek do ludzi. Wymaga to ciągłych przebieranek, ale akcja toczy się gładko. I pomimo, że było to sześć “rozdziałów” (przedzielonych nie tylko przerwą, lecz także alkoholową zabawą bohaterów) składa się to na dość logiczną i interesujący obraz współczesnej młodej inteligencji lub osób, które inteligencją stać by się chciały. Igor Gorzkowski wyreżyserował przedstawienie w wersji dla gimnazjalistów. Nawet prezentacja “Nagiego lunchu” była ukazana w formie ubranej. Może w Teatrze Ochoty tak trzeba. Ciekawe - w większości bohaterowie to istoty nieszczęśliwe. Ot, grupa nieudaczników? Nie, raczej zwykłych, przeciętnych młodych ludzi. I tylko ta pointa, to ostatnie spojrzenie. Nie, tego nic nie zapowiadało. Panie Igorze, po co to?
PS Do końca sezonu już “33 powieści…” nie obejrzymy. Szkoda.
PS2 Teraz należy obejrzeć skrót “Quo vadis?” w Teatrze Powszechnym (ale to gra Montownia). Czy panowie grać także będą Ligię?

40 lat minęło

Tak. 40 lat (które mijają jak jeden dzień) to w życiu każdego z nas szmat czasu. I po czterdziestu latach można zadać sobie pytanie, czy dobrze się stało, że wówczas 29 lutego powiedzieliśmy sobie “Tak”. Jak to były zupełnie inne czasy! Opowiadanie o nich to jak bajka. Czasami śmieszna, czasami smutna. Więc o czym napisać? O naszym wspólnym harcerstwie? O różnicy wieku? Może o pytaniu, jakie zadał ksiądz proboszcz, gdy poszliśmy porozmawiać o ślubie. Zmierzył nas wzrokiem i właściwie stwierdził: - To co, musicie szybko wziąć ślub. A ja tu najbliższe terminy mam zajęte. - Ależ nie, nie spodziewamy się w najbliższym czasie dziecka! - wykrzyknęliśmy. - A, to dobrze - ksiądz się odprężył - co byście powiedzieli o 29 lutego?
Ten 29 był taki sobie. Tego dnia był rajd Olszynka Grochowska. Harcerze na trasach. W efekcie zaczynaliśmy w pustawym kościele, który zapełniał się w trakcie mszy. Z Olszynki nie było daleko, ale rajdu skrócić się nie dało.
Na cywilnym naszym kierowcą był Leszeczek. Jechaliśmy maluchem. I jakoś było. Na kościelnym wujek Witek podstawił swój normalnej wielkości samochód. Ale wujek był najbardziej zasobnym krewnym - miał pawilon przy Marszałkowskiej. Za to mieszkania mieliśmy malutkie. I jedna mama, i druga miały mieszkania poniżej 40 metrów kwadratowych. Mój pokój z wnęką kuchenną to około 30 metrów. Tam na raty organizowaliśmy wesela. W każdym mieszkaniu dla innych gości. Jakoś nie wyobrażaliśmy sobie, że można wynająć jakiś lokal. Tradycja? Oszczędności? Pewnie i jedno, i drugie. Gdy siedzę dziś w naszym mieszkaniu kilka razy większym, a jest nas znów dwoje, tak jak czterdzieści lat temu, dziwię się - jak myśmy tam się mieścili? No tak, byliśmy kilka kilo młodsi. Ale świat (nie tylko dlatego, że patrzę na kolorowy telewizor i piszę na laptopie) bardzo się zmienił.
Ten początek 1976 roku był ciekawy. Ślub cywilny, ślub kościelny a między nimi zimowisko w Brynku. To szkoła z internatem koło Tarnowskich Gór. Na zimowisku, drobiazg, około 200 harcerzy ze szkół ponadpodstawowych. Kilka drużyn zimowiskowych. Niezłe zimowisko. Zajęcia w terenie, wizyta w planetarium w Chorzowie, sztolnia Czarnego Pstrąga, “nasze” przedstawienie o księciu Poniatowskim, bal w sali balowej. Majstersztykiem organizacyjnym był przyjazd całego towarzystwa do Katowic. Ale ponieważ pociąg mieliśmy bardzo późno, wszyscy poszliśmy do teatru na “Tango” Mrożka a później na całkiem niezłą kolację, którą nam serwowano w dworcowej restauracji. Do dziś pamiętam tę szynkę i sałatkę jarzynową. Ci, którzy pamiętają te czasy, wiedzą, dlaczego ową szynkę (dla 200 osób) mogę pamiętać.
40 lat. Z Saskiej Kępy na Grochów, z Grochowa na Ochotę. Niedużo przeprowadzek. Piotr i Ola - niedużo dzieci. Dużo wspólnych przygód, także czasami wspólna praca (nie tylko harcerska). O!!! Dużo książek. Od dawna dwa koty. Najpierw Felix i Modra, teraz Brunek w Wit. Długie pobyty w Szwecji u Marianny, której już ponad rok nie ma. Pora zacząć pisać wspomnienia. Ot, okruchy wspomnień.
PS Przygotowywaliśmy prezentację ze zdjęć. I przez dłuższy czas nie mogłem sobie przypomnieć lokalizacji dwóch obozów, które prowadziłem, gdy już na świecie był nie tylko Piotr, ale i Ola. A (teraz już wiem) jeden był koło Brodnicy, drugi w Borach Tucholskich. Pora spisywać okruchy wspomnień.
PS2 Dobrze się stało? Dobrze.