Adam Czetwertyński » 2010 » September

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

September, 2010 w archiwum

O czym we wrześniu nie napisałem

Przymierzałem się, zastanawiałem i w efekcie nie napisałem:

O musicalu “Metro”. Który raz byłem na tym przedstawieniu? Dwa razy w Dramatycznym, a w Buffo pewnie ze trzy razy. Czyli szósty raz??? To bardzo interesujące śledzić, jak się zmienia spektakl. I jak dobrze nie słuchać w głównej roli właściciela teatru. Nawet jeżeli aktualny wykonawca jest od niego gorszy. (26.08).

O VII Festiwalu Kultury Żydowskiej “Warszawa Singera”. Kibicuję tej inicjatywie Gołdy Tencer i jej przyjaciół od samego początku. Poszedłem na koncert Giory Feidmana i zespołu Gershwin Quartet. Fascynujące są grupy klezmerskie, które potrafią zagrać wszystko. Stare melodie żydowskie i współczesne przeboje. Żeby było jasne. Kwartet Gershwina to Rosjanie. Ogromna radość dla uszu. (30.08).

O “Białej bluzce” - monodramie Krystyny Jandy w Och-teatrze. W “Wyborczej” pięć kropek na sześć możliwych. Zapowiadało się świetne przedstawienie. Na dodatek w pamięci majaczyły mi się jakieś fragmenty tego monodramu w wykonaniu Magdy Umer w Piwnicy na Wójtowskiej, która sztukę Osieckiej teraz reżyserowała. Tematyka mi bliska. I co? Może ja nie umiem docenić gry naszej znakomitej aktorki. Trójka, taki przeciętny szkolny stopień to wszystko, co mogę wystawić. (5.09).

O balecie “Don Kichot, czyli fantazje szaleńca” Sanktpetersburskiego Teatru Baletu Borisa Ejfmana. Jak oni sprawnie tańczą! To prawie cyrk. Może takie widowisko podobać się nie tylko miłośnikom baletu. Tylko muzyka niesłychanie tradycyjna, prościutka. Ale to właśnie widzowie lubią… (8.09)

O “Kompleksie Portnoja” w Teatrze Konsekwentnym. To taki przykład, że teatry offowe potrafią wystawiać bardzo dobrze kameralne przedstawienia. Ograniczeni warunkami sceny i liczbą aktorów prezentują teksty mądre, dobrze podane, wciągające w akcję. Teksty uniwersalne - takie dla normalnego człowieka. Cóż, Philip Roth nie wymyślił prochu, ale jego utwór tak pokazany budzi ogromne zainteresowanie. (16.09).

O komedii(?) “Cukier Stanik” w Laboratorium Dramatu. Ja rozumiem, że laboratorium zostało stworzone, by pokazywać różne współczesne sztuki pisane pod czujnym okiem mistrza Słobodzianka. Ale dlaczego wystawiono coś tak niedopracowanego? Żal pracy kilku dobrych (a nawet bardzo dobrych) aktorów. (19.09).

O balecie “Chopin” wystawionym w Teatrze Wielkim. Piękna muzyka, taniec prezentujący życie artysty. Miły i niezobowiązujący wieczór. Przede mną siedzą cztery dziewczynki (może osiem, może dziewięć lat), obok mnie ich mama i ciocia. - Mamo, to on już umarł? - pada pytanie. - Nie, widzisz, że się rusza - brzmi odpowiedź. - Ciociu, kim jest ten czarny pan? - On jest Złem. - A ta biała pani? - Dobrem. - Jeden teatr na scenie a drugi na wyciągnięcie ręki - sama radość. (23.09).

O wystawionych w ramach festiwali ciało/umysł “24 preludiach Chopina” i “Święcie wiosny”. Teatr ruchu z Kanady robi rzecz perfekcyjnie. Bo to rzeczywiście pokazanie ciała i umysłu. Piękna inscenizacja Chopina i genialnie pokazany Strawiński. Uff. (28.09).

O “Końcu” Krzysztofa Warlikowskiego - ponad czterogodzinnej próbie przejścia przez dobrych aktorów na tamtą stronę przez drzwi. Józefowi K. się to nie udało, im też. Trochę przy tym się namęczyli recytując różne mądre zdania, pokazując się w różnych sytuacjach życiowych. Męczą się widzowie, męczą aktorzy. Tylko recenzenci wystawią temu przedstawieniu najwyższe noty. Takie życie. (29.09).

Po latach

Dwieście - trzysta osób spotyka się co roku. Jedno takie popołudnie w podwarszawskim Miedzeszynie. Część z nich znam bardzo dobrze, część z widzenia, są takie, które, wydaje mi się, widzę pierwszy raz w życiu. To aktualni i byli instruktorzy harcerscy, o których można powiedzieć, że byli w kręgu władzy Związku Harcerstwa Polskiego. Tyle tematów, ile osób. Ciekawych? Nudnych? Obojętnych?
M. Niedługo kończy osiemdziesiąt lat. Wygląda na sześćdziesiąt. Zawsze uśmiechnięty, promieniujący optymizmem. Jak on to robi? Jest żywą częścią historii harcerstwa. Ciągle spotykam się z pytaniem: - To M. jeszcze żyje? - Dlaczego nie, i czuje się dobrze. - Bo wydawało mi się, że powinien mieć ponad sto lat. Ilu mamy druhów M.?
R. Ma problem - przeżywa dylematy człowieka samotnego. I gdy pytam, czy rzeczywiście jest tak źle, okazuje się, że jednak jest otoczony gronem przyjaciół. - No tak, dzięki nim mogę żyć. Gdy ciężko zachorowałem, to oni co dwa dni byli u mnie w szpitalu. - A więc ktoś nad R. czuwa. Dobrze o tym się dowiedzieć.
K. jest dziadkiem i zaprowadził swego wnuka na zbiórkę zuchową. - Ty wiesz - mówi do mnie K. - jaka wspaniała jest ta drużynowa? Jak ona sprawnie opanował trzydziestkę dzieci? - No wiem, znam drużynową, przecież jest moją byłą kursantką. Pracujemy w jednym hufcu. Jak miło dowiedzieć się od dziadka K., że coś u nas dzieje się dobrze.
J. opowiada o zlocie w Krakowie. Pieje peany na temat organizacji, sprawności, programu. Pokazuje palcem, kto tak świetnie na Błoniach dowodził. Nie, nie podejmuję z J. dyskusji. Spokojnie mu przytakuję. J. tworzy wokół nas bardzo przychylną atmosferę. I tak powinno być.
A. opowiada, iż w harcerstwie ma nową funkcję, związaną z propagandą naszej organizacji. ucieszyłem się: - To będziecie teraz pokazywać, jakie efekty może przynieść nasze czerwcowe porozumienie z Ministrem Edukacji? - Co? - pyta mnie A. Bo druh A. o takim porozumieniu nie słyszał. Gdy dowiaduję się, że nie czyta także “Czuwaj”, kończę rozmowę. Biedny A., biedna organizacja.
W. zachęcam do współorganizowania zespołu ds. uczczenia pamięci druha M. Byliśmy z nim zaprzyjaźnieni, a teraz wydaje się, że harcerstwo o nim zapomina. Niedługo kolejna, tym razem okrągła rocznica jego śmierci. Trzeba próbować pokazywać w roku stulecia naszych najwybitniejszych. Takich, jak druh M., było przecież tylko kilku w naszej organizacji.
W2 gnębi jeden problem: - Dlaczego wtedy, przed laty zająłeś się mną, zaproponowałeś mi zmianę pracy. Czy wiesz, że dzięki tobie nauczyłem się nowego zawodu, że dziś mogę podejmować nowe zadania. Bez twojej decyzji moje życie potoczyłoby się inaczej… - Nie, nie pamiętam, dlaczego mu złożyłem taką propozycję. Ale, jak słyszę, miała ona sens. To cieszy.
D. szczęśliwa: - Ty wiesz? On poznał mnie i na dodatek pamięta moje panieńskie nazwisko! A ja już 36 lat nazywam się inaczej! - D. wygląda dziś bardzo dobrze. Może nie tak, jak 36 lat temu, ale wygląda na najmłodszą (nie licząc kelnerek) na sali. Ileż robi radość życia!
O, wróciłem do radości życia. Do zobaczenia za rok!

Bliscy skautingowi

Znalazłem w komputerze gotowy felieton. Dlaczego go nie zawiesiłem? Może go opublikowałem w “Czuwaj”? Ale gdy tu zawiśnie, nic złego się nie stanie.

No tak, coraz bardziej zbliżamy się do skautingu. Co pięć lat organizujemy zloty naszej organizacji niczym nasi skautowi bracia na świecie. Kiedyś, przed laty, bardzo się zdziwiłem, gdy zapytałem przyjaciół z Norwegii, jak wygląda ich coroczny obóz drużyny. - Obóz drużyny? No tak, organizujemy go raz na trzy lata. - Co??? - Nie mogłem wyjść ze zdumienia. - Jak to, co cztery lata?- Ależ to normalne, w pierwszym roku mamy obóz drużyny, dwudziestu chłopaków wyjeżdża na tydzień do lasu. Mają prawdziwe zajęcia skautowe, budują pionierkę w zastępach, gotują sobie posiłki, poznają las, uczą się poruszać w terenie… W drugim roku mamy obóz hufca, około 200 skautów i skautek. Duża część zajęć przygotowywana jest przez dorosłą kadrę. Taki obóz już zaczyna przypominać zlot – można już zajęcia przygotować w blokach programowych, hajk jest obowiązkową formą dla wszystkich. Trzeciego roku, to jasne, spotyka się cała chorągiew. Wtedy zapraszani są na zlot goście z zagranicy, ponad tysiąc, a czasem ponad dwa tysiące dziewcząt i chłopców bawi się na jakiejś wielkiej polanie. Takich obozów – zlotów chorągwi jest koło dziesięciu. I nadchodzi rok czwarty – prawie dwadzieścia tysięcy norweskich skautów spotyka się na swym wielkim jamboree. Zlot wyczekiwany, wytęskniony, wtedy każde środowisko może naprawdę się pokazać – czy to wielką bramą, czy wielką liczbą uczestników. Wielkie koncerty, wiele zajęć, wiele podobozów. A jakież wielkie magazyny z żywnością! Tylko jedno pozostaje bez zmian – najważniejszy jest zastęp. On sobie gotuje posiłki, on bierze udział w zajęciach. Dorośli instruktorzy na terenie podobozu przebywają jakby za niewidzialnym lustrem, nie przeszkadzają zastępom prowadzić ich codziennej pracy.
Trzy razy byłem w Norwegii na takim zlocie. Za każdym razem była to wielka przygoda. Jednym razem z powodu nieprawdopodobnej liczby komarów, innym razem z powodu powodzi na terenie i konieczności ewakuowania około 8 czy 9 tysięcy uczestników. Jakaż to była praca dla organizatorów imprezy– rozwieźć w okolicy na noclegi taką grupę młodzieży. Bo zlotu oczywiście nie przerwano. Dowożono wszystkich na zajęcia autokarami – jakież to proste.
Jesteśmy ponoć coraz bliżsi skautingowi. Ciekawe, kiedy zaczniemy na serio brać z niego przykład.

W Krakowie, czyli o współczesnym harcerstwie

Poczytałem, posłuchałem. Pora chyba po wielkim wydarzeniu w Krakowie nie tylko zadawać pytania, ale próbować na nie odpowiadać. Bo zlot bardzo dużo mówi nam o współczesnym harcerstwie.
Jaki był cel zorganizowania zlotu? Jasne. Chodziło o upamiętnienie setnej rocznicy narodzin ruchu harcerskiego. Uroczysty apel, msza święta, wizyta prezydenta i premiera, konferencje o różnorodnej tematyce, wystawy historyczne - też bardzo różne, świetna pionierka - dekoracje gniazd chorągwianych. Powiązanie tych elementów z mądrym, inspirującym programem zajęć dla harcerzy, by wprowadzić ich w drugi wiek istnienia ruchu. Do tego dochodzi wątek promocyjny - pokazania ZHP mieszkańcom Krakowa a szerzej - całej Polski. To podstawowy cel. A właściwie cele.
Ale czy to są cele, które znali i realizowali harcerze? Czy w takim samym celu pojechali do Krakowa? Aby czcić? Upamiętniać? Prezentować?
Wydaje mi się, że nie. Statystyczny uczestnik zlotu pojechał na krakowskie Błonia, aby się dobrze bawić. Dobrze bawić - i tylko tyle. I tę zabawę zapewnili im drużynowi. Dlatego setki harcerzy przebywały po godzinie 22 w centrum miasta a nie na terenie zlotu. Dobrze jest przecież być w tak atrakcyjnym mieście. Ale przecież nie po to, by o nim się czegoś dowiedzieć, by je zwiedzić. Dlatego najpopularniejszą formą spędzania wieczoru dla bardzo wielu uczestników było pląsanie “Kółek dwóch”. Dlatego na koncercie Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego prezentującego wspaniały program patriotyczny było może nieco ponad 500 widzów. A program był znakomity tak dla starszych, jak i dla młodszych. Dlatego na wieczornej uroczystości zakończenia zlotu było jeszcze mniej uczestników. (Ale “kółka dwa” było słychać w okolicach estrady). Dlatego część harcerzy (może powinienem napisać “harcerzy”) było proszonych wieczorem o dmuchanie do alkomatu.
Powiecie - przecież apel, przecież msza, przecież prezydent… I festyn na Rynku. Tak, macie rację, ale popatrzcie na proporcje!
Bo okazało się, że mamy dziś przede wszystkim harcerstwo zabawowe, takie harcerstwo, które jest już bardziej luzackie niż skauting. Z tradycji został nam chyba jeszcze mundur. Ale program? Najważniejsze są przecież wędrownicze “Kółka dwa”. Harcerskie ideały odchodzą do lamusa.
Nie, nie podoba mi się to. I tyle.

Pora na ciepłą wyspę

Z roku na rok zdobywam coraz więcej doświadczeń na temat “przemysłu turystycznego”. Fakt, że dopiero od kilku lat, gdy uwolniliśmy się od uroków Skandynawii, wynajmowanych tam domków a w efekcie mieszkania w prymitywnych warunkach, uwolniliśmy od pobytów na bezludnych wyspach, pływania stateczkami i zwiedzania Skargarden. Tego lata po raz pierwszy od 25 lat nie byłem latem w Sztokholmie. To niezbyt dobrze przerywać tak długą tradycję. Ale stało się. Trudno.
Tym razem spędziłem dwa tygodnie w Hiszpanii. W Hiszpanii? To Grecja różni się czymś od Hiszpanii, a Hiszpania od Turcji? Tak, nieco tak. Gdy ktoś zapytał mnie niedawno, jak tam było, odpowiedziałem z wrodzoną bystrością: “w Hiszpanii Hiszpanie mówią po hiszpańsku”. Nie bądźmy drobiazgowi. Po kastylijsku a nie katalońsku lub baskijsku.
Ale czy Hiszpania różni się od Grecji. I od Tunezji. I od innych państw basenu Morza Śródziemnego? Pogoda wszak podobna. Plaże - różne, jedne piaszczyste, inne kamieniste - ale czy można podzielić je ze wzgledu na narodowość rdzennych mieszkańców? Wszędzie spotkamy zabytki starozytnych Rzymian, wszędzie jakiś amfiteatr lub sarkofag. I nawet, o zgrozo, jedzenie w każdym z hoteli staje się takie same.
No ya, hotele. Zróżnicowane ze względu na klasę - w tych lepszych większe pokoje i większy wybór dań, w słabszych - bardziej jest monotonnie, ale i tu, i tu są mili kelnerzy. jest czysto, rodzinie. Wszędzie klimatyzacja, wszędzie wieczorny program, powszechnie już dostępny internet. I zawsze można skorzystać z wycieczek fakultatywnych - tych organizowanych przez miejscowe biura podroży i tych przez biura hotelowe. Te ostatnie dwa razy droższe ale wcale nie dwa razy lepsze od tych pierwszych.
Jakoś mi się wydaje, że przemysł turystyczny, ten europejski, niesłychanie się ujednolica. I podstawową różnicą pozostaje fakt, że Hiszpanie mówią po hiszpańsku, a Grecy po grecku. Ale to bardzo niewielka różnica między poszczególnymi turnusami to tu, to tam.
Może dlatego nasz hiszpański pobyt tak się w tym roku udał, że mieszkaliśmy w sześć osób w apartamencie. Nie byliśmy uzależnieni hotelowymi godzinami posiłków, mogliśmy iść lub jechać tam, gdzie nam się podobało. Tylko że tak najłatwiej organizować pobyt w Europie.
Dlatego też myślę, że pora wybrać się nieco dalej, na jakąś ciepłą wyspę na którymś oceanie, gdzie mieszkańcy mówią zupełnie nieznanym językiem a posiłki będą dla mnie zaskoczeniem. Tylko dojazd na ciepłą wyspę jest bardzo utrudniony, po prostu strasznie dużo kosztuje. Pora więc zacząć odkładać pieniądze na ten wyjazd. Bo oglądanie kolejnego amfiteatru już mnie nie bawi. Niech zarobi przemysł turystyczny gdzieś daleko… daleko…

Next Page »