Adam Czetwertyński » 2013 » May

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

May, 2013 w archiwum

Anafora? Jestem za

Tak, na temat szkoły, na temat szkolnictwa znamy się wszyscy. Wszak wszyscy kiedyś do szkoły chodzili, a niektórzy nawet chodzą. I wszyscy się na jej temat wypowiadamy.
Na marginesie tegorocznej matury w “Polityce” potężny tekst o szkole i szkolnictwie napisał Jacek Żakowski. Punktem wyjścia było całego artykułu było jedno z pytań tegorocznej pisemnej matury z języka polskiego. Autor analizy rozumienia tekstu ze zrozumieniem zadał wśród kilkunastu innych pytań to o metaforze. Chciał, aby tegoroczny maturzysta wiedział, że “horyzont poznania” to nie jest anafora, porównanie i apostrofa, lecz właśnie owa przenośnia, czyli metafora. Autor “Polityki” wytoczył wielkie działa, aby ustrzelić wróbla-anaforę. Najpotężniejsze to to, że liczni dziennikarze, piszący wiele wszak na co dzień wiele materiałów, o owej anaforze nic nie wiedzą.
Hm… Przypomina to słynnego Molierowskiego pan Jourdain, który nie wiedział, że od 40 lat mówi prozą. Cóż - znajomi pana Żakowskiego nie muszą wiedzieć, co to jest anafora, co to jest metafora, co to jest apostrofa, nie muszą nic wiedzieć o środkach artystycznych. Bez tego można żyć. Ja na przykład nie wiem, co to jest całka i różniczka. I żyję. Ale nie jest to powód do dumy albo do chwalenia się.
(Dla osób, które mają wiedzę podobną do wiedzy owych dziennikarzy - to “co”, jakim zaczynam poszczególne części zdania powyżej, owo powtarzanie tych samych wyrazów na początku zdań to właśnie anafora).
Tak na serio - bardzo trudno określić, jakie słowa powinniśmy znać. Jakimi słowami spokojnie posługiwać. Jest faktem - nasza młodzież (i pewnie nasi dziennikarze też) zna coraz mniej wyrazów. I mówi (a także pisze) nieprawdopodobnie upraszczając język. To jest temat. To jest problem całego naszego społeczeństwa. Jeżeli na przykład uważamy, że nasz licealista musi na przykład umieć rozmawiać o jakimkolwiek wierszu Morsztyna, słowo anafora znać powinien. Wyrzucamy z programu szkolnego barok i Morsztyna z wiedzy o naszej kulturze? Ja myślę, że nie. Czy barok i Morsztyn będą potrzebne naszej młodzieży w życiu? Czy będzie maturzysta do czegokolwiek jej wykorzystywał? (Uwaga - posługuję się anaforą!). Otóż nie.
W tym miejscu porozmawiajmy o pantofelku. Kto jest za usunięciem pantofelka z programu szkolnego? A może całą biologię? Tak samo demagogiczne pytanie, jak w przypadku ataku na anaforę.
Oj, mój tekst staje się zbyt długi. Dlatego krótko - jestem za anaforą. I jestem za mądrym uczeniem w polskiej szkole. Ale o tym może w następnych felietonach.
PS A uczniowie, którzy przed rokiem o anaforze ze mną rozmawiali, dziś - pod koniec maja - nic o niej nie wiedzą. Ale to wcale nie znaczy, że to słowo ma być im całkiem obce. Niech będzie obce redaktorowi Żakowskiemu - w czymś moi uczniowie będą od niego lepsi.

Exterminator, czyli rewelacja

Zazwyczaj tu marudzę. O teatrze od dawna nie napisałem nic z entuzjazmem. Owszem, oglądam dobre spektakle (ostatnio w Teatrze Studio, ale jakiś tekst na ten temat jeszcze przede mną), lecz nie pamiętam przedstawienia, o którym powiedziałbym: - Rewelacja. - A tym razem to jest coś nadzwyczajnego.
Ja wiem, zwolennicy teatru Lupy i Warlikowskiego powiedzą: - Prymitywne. - To w pełni rozumiem. Fani Teatru Komedia i Teatru Capitol powiedzą: - Z czego tu się śmiać? - I oczywiście będą mieli rację.
Bo “Exterminator” jest sympatyczną, mądrą komedią o współczesnej Polsce, jest komedią o nas, o naszych marzeniach, możliwościach i piekielnych ograniczeniach. Ja, warszawiak, piszę, że przedstawienie o młodych (prawie młodych) muzykach z prowincji jest także widowiskiem o nas, ludziach z wielkiego miasta? Ale czy my mamy inne marzenia? Czy obok nas nie pętają się panowie wójtowie? Wiem, raz wójt będzie posłem, raz ministerialnym urzędnikiem a nawet dziekanem jakiegoś wydziału. Wiem, nie wszyscy chcemy muzykować a nawet odnieść sukces w jakiejś “Szansie”. Ale wszyscy chcemy choć przez chwilę poprzebywać w innym, wspanialszym świecie. I wokół nas też są, jak na scenie Teatru na Woli, liczne “uwarunkowania”.
Tak, nie byłoby tego przedstawienia bez czwórki aktorów-muzyków (jak bezbarwnie na ich tle wypada pan wójt i dwie panie, w rzeczywistości bardzo dobre aktorki). Bo to “Exterminatorzy” są świetni. Grają i śpiewają. I to jak!
Powtarzam do upojenia. Nie ma teatru bez dobrego tekstu. Tym razem dobry tekst jest. Po kilku pierwszych scenach (taka obawa - czy oni będą cały czas gadać?) akcja rozwija się, prościusieńka, czytelna, takie sobie opowiadanko w wykonaniu czterech na pozór nieudaczników. Lecz gdy po 70 minutach docieramy do finału, zwijamy się ze śmiechu i żałujemy, że powołany do tego występu zespół nie zagra nam kolejnego hitu.
Niestety nie zagra. Chyba że Przemek Jurek wymyśli ciąg dalszy. Dlaczego by nie?

Polak, Polska, polski

Jestem po pierwszym weekendzie sprawdzania pisemnych prac maturalnych z języka polskiego. Tak jak co roku.
I jak co roku epoki literackie mieszają się naszym maturzystom niebywale a bohaterowie mają dowolne imiona i nazwiska (ten Ziembiewicz jako bohater “Przedwiośnia” jest przepyszny). Nie, nie wymagam, aby 19-latkowie wiedzieli, o jakim to powstaniu pisze Orzeszkowa, nie, nie muszą wiedzieć, kiedy Żeromski napisał “Przedwiośnie”. Jedni to wiedzą, inni nie. Ich sprawa. Czasem po zrobieniu beznadziejnej pomyłki niektórzy się wstydzą i już więcej w życiu takiej głupoty nie palną. Tak było zawsze, a w każdym razie od czasów, gdy sięgam pamięcią.
Ale darować nie mogę naszym dorosłym milusińskim sformułowań “na krańcach polski” i “naród Polski”. Co opętało wielu uczniów i także tych, którzy ostatnio szkołę ukończyli, że uparli się pisać “niemiec” oraz “węgier” (francuz, rosja, czechy itd.)? I dlaczego “polska” wtedy gdy jest przymiotnikiem, pisana jest przez “P”, a gdy rzeczownikiem - jest nazwą naszego państwa - przez “p”. Czyli całkiem na odwrót! I jeszcze ten “polak”. Czy to trudne? Czy tego nie uczyli w pierwszej klasie szkoły podstawowej? I nikt naszym rozkoszniaczkom nie zwracał na ten fakt uwagi przez dwanaście lat nauki?
Nie, ja tego nie rozumiem. Po prostu to mi się strasznie nie podoba. I dziś po wyjściu ze sprawdzania matur właśnie o tym postanowiłem szybko napisać.
PS Nasi uczniowie w jednym przypadku wiedzą, jak pisać dużą i małą literą. Zawsze udzielają mi dobrej odpowiedzi, gdy pytam, kiedy się pisze “żyd” a kiedy “Żyd”. Ale to stanowczo za mało.
PS 2 Minął miesiąc. ostatnio czytałem sporo prac klasowych. I nadal polska (to nasze państwo), i nadal Polska (to przymiotnik). Mówię, tłumaczę. I nic. Obiecałem jedynkę za każdy taki błąd ortograficzny. Może to przyniesie jakiś skutek.

Wiedeń

Ten Wiedeń wymyśliliśmy z powodu księcia Józefa Poniatowskiego. Urodził się on właśnie w tym mieście w pałacu Kińskich 7 maja 1763 roku, a więc 250 lat temu. A nasze środowisko harcerskie od stu lat nosi imię księcia Pepi. Książę Pepi - Pepiczek, czyli Czech. Bo matka księcia, księżna Kińska, była Czeszką.
A więc pojawiliśmy się w dziewięcioosobowej ekipie w stolicy Austrii, aby zjeść strudel i tort Sachera, aby odkryć miejsce, gdzie książę przyszedł na świat, przejechać się kolejką górską na Praterze i zwiedzić kilka muzeów. A… I jeszcze zjeść lody w lodziarni Tichy.
Trzy dni w Wiedniu to niewiele. Ale nieco poznać się to miasto dało. Co więc mnie zachwyciło?
1. Park koło pałacu Schonbrunn. Ten pałac to jakby nasz Wilanów do piątej potęgi. I podobnie z parkiem, który w zasadzie jest parkiem francuskim. Ale te widoki! Ten rozmach! Nawet zachwyca labirynt, w którym na serio można się zagubić.
2. Kazanie rektora Polskiej Misji Katolickiej wygłoszone 3 maja w czasie mszy za Ojczyznę. Ksiądz rektor apelował o jedność narodową. Wystąpił przeciw tym, którzy katastrofę smoleńską wykorzystują do celów politycznych, do dzielenia polskiego społeczeństwa. ja sądzę tak samo…
3. Wystawa Maxa Ernsta w Albertinie. Tak pełnej retrospekcji jednego z największych surrealistów nie spodziewałem się. Czego tam nie było! I lasy, i słynne słońca. I “Król Ubu” (jakby jedyny polski akcent na wystawie). I “Ogród Francji”, i kolaże itd.
4. Msza Mozarta grana i śpiewana w czasie niedzielnej mszy w wiedeńskiej katedrze. Niewielki chór, niewielka orkiestra symfoniczna i jak to brzmi! Wiedeń jest miastem muzyki. I posłuchanie tej muzyki na żywo w jednym z najpiękniejszych miejsc miasta to duża przyjemność.
5. Tort Sachera jedzony w Cafe Central. To jedna z najpiękniejszych historycznych kawiarni Wiednia. Jej właścicielami są właściciele pałacu Kinskich. Poza piękną salą, w której można wypić dobrą kawę, reprezentacyjna sala na piętrze. Sala, w której przed laty grano w siatkówkę!
cdn.