Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

January, 2011 w archiwum

Najgorsza komedia świata

Pan Marek Rębacz postanowił wziąć udział w konkursie na najgorszą komedią świata. Wziął udział i zwyciężył!!! Wreszcie jakieś polskie zwycięstwo. Teatr Praga, któremu narodzinom niegdyś z zapałem kibicowałem, a który nie ma pomysłu na swój profil i repertuar, rzecz ową wystawił.
Zastanawiam się zawsze, spotykając się z podobną sytuacją, kto, po co, dlaczego. Kto zdecydował, aby rzecz zaprezentować publiczności. W jakim celu, dlaczego… itd. Nie rozumiem. Przecież nie po to, by G. po półgodzinnej męce na widowni zakomunikowała mi dramatycznym szeptem: - Wychodzimy. - No nie, wtedy wyjąłem butapren, przykleiłem się do krzesła, przyssałem na kolejną godzinę i powiedziałem: - Zostaję do końca. Jak masochizm to masochizm.
No tak, ja tu sobie narzekam, a o dziełku zatytułowanym “Dobrze zaplanowany zbieg okoliczności” ani słowa. No to trochę opowiem. On jest gosposią własnej żony. I jest także prawdziwa gosposia, z którą Bohater sypia. Żona jakoś nie ma pretensji. Przychodzi zbir w czarnych okularach - chce od niego zwrot długu, którego on nie miał, ale weksel istnieje. On - nieudacznik zwrócić pieniędzy, których nie pożyczał, nie umie, więc do zabicia naszego bohatera zostaje wynajęty były komandos, który okazuje się jego, to znaczy bohatera, tatusiem. Tak to mniej więcej jest splątane - przeciętne problemy przeciętnej polskiej rodziny (a może nieprzeciętne problemy nieprzeciętnej polskiej rodziny - wszystko jedno). Śmieszne, że aż strach.
W każdym razie ma być śmiesznie. Gosposia ma długie ładne nogi, żona jest energiczna i pokrzykuje a zbir nosi czarne okulary. Najważniejszym rekwizytem jest, o zgrozo, nie telewizor, lecz zestaw napojów wysokoprocentowych, wypijanych z upodobaniem przez Bohatera, zbira i tatusia. No ale jeżeli butelka kosztuje 700 zł, to smakować musi.
Ma być radośnie - na scenie i na widowni. Aktorzy bardzo się starają - wchodzą i wychodzą na scenę z zapałem i wypowiadają kwestie jak z polskich nędznych seriali (tych, które zawierają dodatkowy podkład dźwiękowy - “śmiech widowni”). A publiczność, która naprawdę chciałaby się śmiać, przyjmuje dowcipy autora (i aktorów) w milczeniu. Więc śmieją się aktorzy, komuś musi być radośnie. Właściwie zabrakło takiego gościa, który pokazywałby plansze z napisami “śmiech” lub “oklaski”. Wtedy na beznadziejne skojarzenia, dowcipy, zwischenrufy pana autora widownia by reagowała. Inaczej nic z tego.
Ja rozumiem, widzowie chcą chodzić na komedie. Ja rozumiem, aktorzy chcą zarobić. Ja rozumiem, teatr powinien mieć jakiś, jakikolwiek repertuar. Będę więc, wysoka Dyrekcjo Teatru Praga, wspominał “Fioletową krowę”, która przemknęła jak sen złoty po waszej scenie, będę wspominał wasze próby zamontowania u was Montowni, będę przypominał niezłe próby utworzenia na waszej scenie dobrego teatru repertuarowego. I co z tego wynikło? Spektakl, który jest tylko źle zaplanowanym zbiegiem okoliczności. Nie ma o czym mówić.
PS Ciągle jest wyłączona możliwość komentowania moich zapisków. Te kilkaset spamów dziennie to był koszmar. Ale chętni zawsze mogą wysłać do mnie maila.

Pięćdziesiąt

Miniona sobota (byli tacy, którzy pamiętali, że to rocznica moich urodzin) zmusza do refleksji. Przecież pięćdziesiąt lat temu na Zamku Chojnik koło Jeleniej Góry złożyłem zobowiązanie instruktorskie. Pół wieku temu!
W tęże sobotę prowadziłem pierwszą zbiórkę naszego hufcowego kursu drużynowych. Patrzyłem na ponad czterdziestkę harcerek i harcerzy - w większości naszej przyszłej kadry - i zastanawiałem się, czym się różnimy. Ja sprzed lat i oni dziś. Ja - ówczesny świeżusieńki instruktor i oni - przyszli nasi instruktorzy.
No tak. Czasy były inne. W czasie kursu w “Zuchowej chałupie” w Cieplicach zadano wtedy mi pytanie: - Chcesz? - Odpowiedziałem, że chcę. I od tego momentu zaczęła się moja instruktorska przygoda. Trwa ona pół wieku. Bez dnia przerwy. W jednym hufcu (z półrocznym okresem przerwy, gdy zesłany zostałem do Komendy Chorągwi, ale spuśćmy zasłonę milczenia na to wydarzenie), przede wszystkim na Saskiej Kępie. Jak to bywa, wysłanie na kurs było nieco przypadkowe. Byłem zastępowym, brałem już udział w trzech obozach, jednym zimowisku. A w naszej szkole, gdzie mieliśmy dwie drużyny harcerskie, nie było zuchów. I padło na mnie. - Pojedziesz na kurs? - Pojechałem.
Ich, moich kursantów, droga do Zobowiązania Instruktorskiego będzie dłuższa, bardziej skomplikowana. Ale niektórzy przebiegają ją szybko.
Pół wieku. Drużynowy 133 WDZ “Jeżyki”, komendant ośrodka “Wisła”, szczepowy 46 WDH, namiestnik starszoharcerski, zastępca komendanta hufca, i znów szczepowy - tym razem 3 WDH. W radzie hufca, radzie chorągwi, radzie naczelnej. Prowadziłem kursy drużynowych zuchów i drużynowych starszoharcerskich. I kilkadziesiąt obozów stałych, wędrownych, zimowisk. Po studiach redaktor w Wydawnictwie Harcerskim, w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, redaktor “Na tropie”, redaktor “Czuwaj” - lata, lata, lata.
Ten i ów pyta mnie: - To jak długo jeszcze? Czy pół wieku nie wystarczy?
Odpowiedź jest prosta. Będę tak długo, jak długo różni młodzi ludzie w hufcu będą mnie akceptować. Jak długo będę z nimi a oni ze mną się dogadywać. To jakaś satysfakcja. Z K. rozmawiamy partnersko, ba, K. czasem nade mną dominuje. A. jeszcze pół roku i zacznie mi mówić na “ty”. To wcale dla A. nie jest łatwe. Z A2 pisujemy czasem do siebie głupie maile. Głupie, ale sympatyczne. Czekamy, aż A2 będzie pełnoletnia. M. jeszcze trochę, a przestanie się mnie bać. Albo wstydzić? Obiecała mi to. A3 zaproponowała, abym zaopiekował się jej próbą HR. Przede wszystkim to duże wyzwanie dla mnie. Z A4 zaczęliśmy zjadać beczkę soli. Ciekawe, kiedy ją zjemy. Z D. razem pracujemy nad zdobyciem stopnia przewodnika. Trudne dla mnie zadanie. Nie tylko dla mnie. Umówiłem się z N. Może coś ruszy z jej próbą harcmistrzowską? Ciekawe, czy Z. nadal uważa, że gryzę. Na pewno się dowiem. I tak dalej, i tak dalej.
A gdy już nie będę wybierany, proponowany, nakłaniany, mianowany - za kilka miesięcy? Za kilka lat? Wtedy mnie w harcerstwie nie będzie. Jakież to proste.
Ale teraz przed nami kurs drużynowych. Myślmy o przyszłości.

Związkowi na Nowy Rok

Nowy Rok. Po raz kolejny składamy sobie życzenia, w domu, w pracy, w harcerstwie. Nic nowego pod słońcem. Wszyscy bardzo chcielibyśmy, aby ten rok był lepszy od poprzedniego. W czym lepszy? Abyśmy mieli więcej pieniędzy? Szczęśliwsze życie rodzinne? A może nieco lepszą drużynę? Pewnie wszystkiego po trochu.
Ale czego życzyć całej organizacji? Wszystkim nam, oddającym swój wolny czas cudzym dzieciom? W pamięci mamy nie najlepszą końcówkę minionego roku. Długie dyskusje oraz końcową decyzję Rady Naczelnej w sprawie wyborów części komendantów chorągwi. Próby radzenia sobie z problemami finansowymi Związku. Nieczytelne koncepcje programowe Głównej Kwatery, która jakby zrobiła sobie długi urlop po zlocie krakowskim. Nowe lub modyfikowane reguły, zasady, przepisy nas obowiązujące, które wcale nie ułatwiają nam pracy. I stopniowe zmniejszanie się stanu organizacji, w której już większość chorągwi liczy tylu członków, ilu powinien liczyć dobrze działający hufiec.
Więc czego życzyć Związkowi Harcerstwa Polskiego? Moje życzenia na rok 2011 są proste. Aż za proste. Dotyczą one wszystkich dzieci. Piszę o tym nie po raz pierwszy. Chciałbym życzyć każdemu dziecku, by miało szanse wstąpić do gromady lub drużyny ZHP. By każdy miał szansę dojść czy dojechać na zbiórkę harcerską.
Związek w tym roku będzie miał nową strategię. Prace przy niej podobno trwają. (Dość świadomie piszę “podobno”, będąc zatrudnionym w GK ZHP, po prostu informacje na ten temat do mnie nie dotarły. Może gdzieś są one opublikowane, tylko ja się za mało starałem, by je znaleźć). W tym roku ma być zwołany zjazd Związku, który strategię uchwali.
Odbyły się zjazdy chorągwi, pracują nowe ich rady. W tym roku wybierać będziemy nowe komendy hufców i zjazdy uchwalą programy rozwoju. Niech we wszystkich zapisany w nich będzie jeden punkt: Chcemy doprowadzić, by dzieci z naszej gminy, naszego powiatu, z naszego miasta mogły należeć do harcerstwa. - I dalej w każdym środowisku zaplanujmy, jak to zadanie zrealizować. Ja wiem, ze to trudne, wiem, że wymaga to ogromnego wysiłku. Nawet w moim hufcu liczącym tysiąc członków będzie to kłopotliwe. I nie mówcie, że to jest nierealne. Oczywiście w każdym środowisku będzie to zadanie inaczej realizowane. Ale wystarczy w każdej szkole i w każdej parafii (szkoła i kościół to nasi najsolidniejsi partnerzy) przeszkolić jednego drużynowego. Dalej mówicie, że to nierealne? Naprawdę? Po prostu wam nie wierzę.
I o tym jeszcze podyskutujemy. Obiecuję.