Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

February, 2007 w archiwum

Wężykiem, czyli był Ruch

W minioną sobotę Ruch Całym Życiem zakończył swój prawie dziewięcioletni żywot. Nie jest to nic dziwnego, w harcerstwie drużyny, szczepy, kręgi, kluby powstają, lepiej lub gorzej działają a później umierają śmiercią naturalną. I tak stało się tym razem. Czasem w takim przypadku wydaje się komunikat, w którym pada stwierdzenie: “formuła naszej działalności wyczerpała się”. Sensu to zdanie nie ma, ale ładnie brzmi.
W RCŻ jednak nic się nie wyczerpało, a jednak członkowie ruchu samorozwiązali się, wydając przy tym oświadczenie. Padają w owym oświadczeniu zdania ciekawe: “Czy mieliśmy patent na dobrą jakość? A może patent na prawdę? A może jedyną właściwą odpowiedź na pytanie: jaki ZHP? Nie i nigdy tak nie twierdziliśmy”. Hmmm… Samorozwiązany Ruch Całym Życiem twierdzi, że nie twierdził, iż miał patent na dobrą jakość, na prawdę i tak dalej. Powiedzmy sobie szczerze - właśnie dlatego ruch skupił tylko około stu instruktorów, ponieważ dokonał jednoznacznego podziału na tych, którzy są oświeceni i znają odpowiedź na każde pytanie oraz tych pozostałych, którzy są instruktorami drugiej kategorii. Jeżeli tego przez prawie dziewięć lat nie widzieliście, to może pora to jasno dziś przedstawić. Ruch skupił grono dobrych instruktorów harcerskich, robiących jednak wiele, by zrazić do siebie “instruktorskie masy”. Bo nikt nie lubi, gdy pojawia się obok niego, we własnej chorągwi lub hufcu instruktor, który mówi: “A ja wiem lepiej, mnie słuchajcie, wy nie macie przyjaciół, wasz wizerunek jest nijaki, rozmyty, jesteście spychani na mielizny, wasza działalność jest coraz słabsza, nie rozwijacie się zgodnie z moimi oczekiwaniami”. No tak, tym razem przepisałem fragmenty oświadczenia o samorozwiązaniu. Ale podobne poglądy można było usłyszeć kilka lat temu. Grupa dobrych instruktorów mówi Związkowi: “Doznaliśmy iluminacji, chodźcie z nami, też jej doznacie, będziecie wiarygodni”. Nie nie tędy droga do poprawy naszej organizacji. Nie pojedynczymi akcjami zmieni się Związek. Potrzeba tu autentycznej pracy organicznej. Jakimś pomysłem jest strategia ZHP. Ale ile trzeba wysiłku, by ją zrealizować! Tu nie wystarczy znakomitej “Gry w ruchu”, kursu harcmistrzowskiego i współtworzenia kilku harcerskich dokumentów. Dlaczego po roku - dwóch latach działalności nie zauważyliście, iż nie macie szans? Że wasza para idzie w gwizdek? Nie wiem, wszak w waszym gronie jest (było) kilku mądrych instruktorów. Samorozwiązaliście się, to słuszna decyzja. Wasza formuła się wyczerpała.

Gruba świnia

To jest problem “gęby”. Opisał ją w szczegółach Gombrowicz i nic od czasów “Ferdydurke” się nie zmieniło. Jesteś gruba i kocha się w tobie szczupły, przystojny mężczyzna? Nie masz szans. Nie będziesz z nim, choćby było wam razem najlepiej na świecie. Cóż z tego, że właśnie z tobą czuje się on swobodnie, staje się innym człowiekiem, bardziej autentycznym i radosnym. Cóż z tego, że grubaski, jak wiemy, są dowcipniejsze, milsze, słodsze. Nie. Przypisano ci gębę grubej świni i nic się tu nie zmieni. Ty masz przez społeczeństwo zapisane życie z jakimś odpowiadającym ci tuszą facetem, takim, który do ciebie pasuje. Chudy nie dla ciebie.
W Teatrze Powszechnym na małej scenie kolejna premiera. Po świetnej “Miarka za miarkę”, nieudanej “Omyłce” spektakl dobry, zrealizowany “po bożemu”. Seks dozowany ostrożnie, tak że na widowni mogą się pojawić przedszkolaki. “Brzydkie słowa” też padają, ale jakby wypowiadane przez aktorów z tremą. Scenografia (a to na tej scenie zawsze jest wyzwaniem) skromna, powiedziałbym (mimo ekranów telewizyjnych na ścianach) ascetyczna. Bardzo trudna rola grającej gościnnie Mileny Lisieckiej. Grać zakochaną puszystą trzydziestolatkę. Na dodatek nie tylko kochającą Rafała Królikowskiego, ale kochającą jedzenie. Zastanawiałem się, czy aktorka od rana pościła, gdyż na scenie musiała zjeść całkiem niezłą porcję różnych produktów. Ale na szczęście udało się. Lisiecka gra znakomicie, nawet wtedy, gdy musi pokazać się w kostiumie kąpielowym. Dobra rola łódzkiej aktorki.
Teatrowi Powszechnemu dorobiono opinię zespołu, który ma straszne kłopoty - odkryto tam afery, przestał w teatrze pracować dyrektor artystyczny. Gdy jednak patrzy się na grane tam spektakle, wydaje się, że kondycja teatru jest dobra, że z aktualnych zawirowań wyjdzie obronną ręką. To cieszy.

Szajba

Co będzie się działo, jeżeli Polskę zaatakują terroryści z Wielkich Kujaw? Nie dość, że będą chcieli zająć naszą ojczyznę, to będą się zachowywać jak najstraszniejsi Arabowie, którzy poświęcać będą dzieci dla swoich celów. Wielki pas między Polską a Kujawami będzie zaminowany i na pole mionowe będą wysyłane dzieci, by pole to oczyszczać. W czarnej komedii “Szajba”, której premiera miała miejsce w sobotę w Laboratorium Dramatu Tadeusza Słobodzianka, dzieci te miały na pole iść szczelnie okryte kocami, by fragmenty ich rozerwanych ciałek nie walały się na polu. Można je będzie wraz z kocem wziąć i z honorem pochować.
“Szajba” pani Miszczukowej to sztuka polityczna. Polski premier jest nieudacznikiem. Swym gospodarskim okiem obserwuje wydarzenia, ale nic z tego nie wynika. Jest słaby jako polityk i jako mąż. Żonie śnią się postacie pasujące do słabego filmu erotycznego, terroryści z Kujaw to szajbusy, które nawet mordują Bogu ducha winnego językoznawcę profesora Bralczyka. (Zapytałem po premierze, co na uwiecznienie w dramacie powiedział profesor Bralczyk, ale chyba znalazł się tam jako symbol a nie realna prawdziwa postać).
Autorkę bawi nasza kabaretowa rzeczywistość, więc pokazuje dzień jutrzejszy jako stek bzdur i nonsensów, gdzie jednak widać nasz polski charakter narodowy. Czasami odzywa się do bohaterów Polska. Na szczęście jest to tylko głos, z którym można popolemizować.
“Szajba” to tekst rozwojowy, można nad nim dalej pracować, bo pomysł w Kujawami jest znakomity. Chyba Mrożek by tego nie wymyślił. Premier, ludzie premiera, jego żona, terroryści… To się ogląda, z tego się śmiejemy, nawet jeśli to śmiech gorzki. Warto będzie kontynuować pracę nad tym dramatem. Może zrezygnować z Bralczyka - cóż z tego, że proponuje lub akceptuje jakieś słowa z kujawskim rdzeniem. Laboratorium Dramatu to praca nad tekstem, ciężka praca. Autorkę jeszcze ona czeka.
A na “Szajbę” widzowie pójdą, kto by nie chciał porównać dobrego gospodarza - premiera z naszym prawdziwym premierem Kaczyńskim.

Warlikowski dwa razy

Miniony weekend to mały festiwal Krzysztofa Warlikowskiego. W sobotę TRWarszawa zaprosił na premierę “Aniołów w Ameryce”, a w niedzielę w Teatrze Wielkim zagrano (i zaśpiewano) “Wozzecka”. Ponieważ jestem dzielnym harcerzem, udało mi się najpierw wytrzymać 5,5 godziny (byli tacy, którzy pisali, że 6 godzin - skłamali) na “Aniołach”, a dzień później raptem 1,5 godziny na operze Berga. Spektakl operowy bez przerwy, może chodzi o to, by utrzymać publiczność, mogłaby w czasie przerwy zrejterować.
Nie jestem zwolennikiem estetyki jednego z naszych najlepszych reżyserów. Nie bawi mnie ostrość i drapieżność jego spektakli. Gdy Warlikowski wyreżyserował w ubiegłym roku “Wozzecka”, oceniono tę inscenizację bardzo wysoko. Podobnie część recenzentów pisała o “Aniołach”, choć tu opinie nie były tak entuzjastyczne. Czy można o obu spektaklach pisać łącznie? Co jest w nich z “warlikowszczyzny”? Po pierwsze reżyser chce, abyśmy my, widzowie, znali tekst przedstawienia przed pójściem do teatru. Może to jest jakaś koncepcja. Niech każdy idzie na “Anioły w Ameryce” jak na “Makbeta”. Niech się widz nie musi domyślać, kiedy akcja toczy się w szpitalu, domu przedpogrzebowym (?) lub mieszkaniu któregoś z bohaterów. Przecież gdy matka rozmawia z synem siedząc obok siebie i patrząc w publiczność, wiemy doskonale, że porozumiewają się przez telefon. Niech widz wcześniej wie, tak jak profesjonalni recenzenci, jak skończy się akcja oraz który bohater ukazany jest realnie, a który to wytwór imaginacji - taka “osoba dramatu” z “Wesela”. Po drugie reżyser proponuje nam obserwowanie bohaterów - ikony, bohaterów - symboli. Piękne gejostwo w geju, cudowny biseksualizm w geju, który odkrywa swą prawdziwą naturę przez trzydzieści lat swego życia a nieustabilizowana osobowość Wozzecka jest supernieustabilizowana. Świat Warlikowskiego jest naiwnie prosty. Zazwyczaj czarno-biały. Do tego przesłania uniwersalistyczne i aktualne. trzeba jasno owiedzieć, że akcja “Aniołów” toczy się w Stanach, czyli nigdzie, i możemy w związku z tym wysłuchać fragmenciku wiadomości o aresztowaniu doktora G., a w “Wozzecku” obejrzeć szereg nowoczesnych pisuarów z wojskowej toalety.
Nie dziwmy się, że taki widz jak ja chciałby obejrzeć spokojniejsze, klarowniejsze inscenizacje obu dzieł. I chyba nie ja jeden. Bo chętnych do oglądania “Wozzecka” zaczyna już brakować..

Wężykiem, czyli o mistrzu

Minął Dzień Myśli Braterskiej, w hufcu spotkaliśmy się dwa dni wcześniej. Dziś spotkanie instruktorskie w Głównej Kwaterze. Piękny dzień, piękna tradycja. Zawsze zastanawiam się, w jaki sposób emerytowany generał brytyjski zafascynował młodą angielską damę z dobrego domu… Bo przecież nie połączył ich fakt urodzenia tego samego 22 lutego. Coś generał Baden-Powell musiał w sobie mieć… Ale to temat na inny felieton.
W czasie kominka w GK Jola zadała nam trudne pytanie o nasze harcerskie autorytety, prosiła, byśmy opowiedzieli o instruktorach, którzy autentycznie wpłynęli na nasze harcerskie życie. Zachowałem się jak słoń w składzie porcelany, komunikując, że instruktor, który najmocniej wpłynął na to, że przez kilkadziesiąt lat jestem bez dnia przerwy czynnym instruktorem, nie jest dla mnie autorytetem, a więc opowiadać nie mam o kim. Później starałem się moje ostre słowa stonować, opowiadając, jak to w wieku dziewiętnastu lat powiedziałem owemu instruktorowi, że jestem od niego lepszy, a więc że uczeń przerósł mistrza. Mistrz tego nie zrozumiał lub zrozumieć nie chciał. A ja przez lata działałem jako osobnik wiecznie kontrujacy i negujący to, co on proponował. Nie, nie było nam najgorzej. Chodziłem własnymi drogami - i jakoś było. Często nasze drogi schodziły się, a czasem dochodziło do ostrych konfliktów. Lecz prowadzony przeze mnie szczep kilkakrotnie najlepiej zorganizował w hufcu akcję letnią (a był to hufiec dziesięciotysięczny), byłem namiestnikiem starszoharcerskim i zastępcą komendanta hufca, kilka razy poprowadziłem kurs drużynowych, otrzymałem kilka krzyży i medali, dorobiłem się stopnia harcmistrza Polski Ludowej, byłem członkiem Rady Naczelnej i kilka razy delegatem na Zjazd ZHP. Nie nie było najgorzej, choć z moim mistrzem stosunki były zazwyczaj chłodne a czasami wręcz mroźne.
I choć od dziewiętnastego roku życia uważałem, że mistrza przerosłem, cenię go za jego zapał, za czas, który dawał organizacji, za sukcesy, jakie miał (a miał ich bardzo wiele), za to, co robił przed laty i za to, co robi dziś. Cenię go i go lubię, bo choć tak się różnimy, gdyby nie było takich jak on, i nie było takich jak ja - Związek Harcerstwa Polskiego byłby o wiele uboższy.

Next Page »