Adam Czetwertyński » 2010 » July

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

July, 2010 w archiwum

Czytanie, czytanie

Już niedługo zlot w Krakowie. Karol. który funkcji ma co niemiara i w czasie zlotu dowodzić będzie naszymi mediami, zaproponował, bym w centrum multimedialnym robił to, co potrafię najlepiej, czyli redagował rozliczne tworzone tam teksty. Mam przy okazji dowodzić grupą młodszych i starszych harcerzy, by na papierze i w internecie dochodziły do naszej harcerskiej braci jak najlepsze komunikaty.
Mam nadzieję, że w naszym zlotowym “Skaucie” znajdzie się sporo materiałów do poczytania, że będą to teksty interesujące dla młodszych i starszych. Mam też nadzieję, że “Skaut” dorówna dziennikowi “Czuwaj”, jaki ukazywał się w Zegrzu w 1995 roku. Uważam, że było to najlepsze pismo zlotowe wydawane w ostatnich latach, bo z tym, które ukazywało się w Spale, porównywać się oczywiście nie będziemy. Tak, tamto “Czuwaj” redagowałem i do dziś jestem z niego dumny.
Dobre pismo harcerskie…. Przypomniały mi się dwie rozmowy z przemiłymi skądinąd instruktorkami. Obie, i wcale nie chórem, stwierdziły, że prasy harcerskiej nie czytają. Nie mają na to czasu. Nie mają na to chęci. To pierwsze tylko częściowo rozumiem, bo nigdy nie jest tak, że nie mamy czasu na to, co robić chcemy lub powinniśmy. To drugie świadczy o małej dojrzałości druhen instruktorek.
Niegdyś, przed laty, gdy redagowałem miesięcznik “Czuwaj”, rozmawiając z instruktorami Głównej Kwatery lub komend chorągwi spokojnie nawiązywałem do materiałów, które zostały w naszym piśmie opublikowane. Po jakimś czasie zadawałem im zazwyczaj pytanie “czytałeś?”, bo rozmowa o nieznanych tekstach była dziwaczna. Zdarzyło się, że pewna druhna nie czytała “Czuwaj”, bo mnie nie lubiła. Argument jak argument. Przecież nie zapełniałem pisma własnymi materiałami. Ale teraz po prostu inna druhna “nie ma czasu” i “nie ma chęci”.
Co z tym fantem zrobić? Jak przekonywać instruktorów, że niewiedza nie jest lepsza od wiedzy? Jak wytłumaczyć, że nie ma szans na autentyczne funkcjonowanie w organizacji, jeżeli jest się instruktorem bez pełnej o niej wiedzy?
Zawsze mnie zdumiewają druhowie, działający w pewnej chorągwianej komisji, dowiadujący się o pracy ZHP z informacji, jaka co miesiąc jest im przekazywana ustnie przez bardziej światłych instruktorów. Żeby poczytać coś na piśmie? Nie, przecież wszystko, co najważniejsze, będzie im w formie papki przekazane. Cóż oni naprawdę wiedzą o harcerstwie? Niewiele - już kiedyś o tym pisałem.
Może dlatego tak mnie to obchodzi, bo sam od lat mam zupełnie inny stosunek do słowa pisanego. Gdy rozpoczynałem swą przygodę jako kandydat na drużynowego z uporem czytałem dwutygodnik “Drużyna”. Zazwyczaj jeden egzemplarz dochodził do kiosku. Udawało mi się go kupić. I czytałem, czytałem, choć połowa tekstów na pewno nie była dla mnie przejrzysta.
Dziś po latach znów będę współodpowiadał za harcerskie pismo, które docierać będzie do trzech tysięcy czytelników. Tylko czy będzie ono przez naszych harcerzy i instruktorów czytane?

O harcerstwie na Białorusi

Ile już lat kibicuję harcerstwu na Białorusi? Prawie dwadzieścia. Różne były to etapy. Najpierw zakładał drużyny mityczny Jacek z Gorzowa, później dowodził dużą i prężną organizacją Wiesiek, dziś kieruje nią Antoni. Najpierw spotykaliśmy się z entuzjazmem pierwszych miesięcy i lat wolności, później z naszej strony nastąpiła żmudna praca szkolenia młodych Polaków z Białorusi, a z czasem (a także równolegle) piętrzyły się problemy, kłopoty, porozumienia i nieporozumienia. Od początku współpracował z białoruskim harcerstwem Hufiec Białystok, szkolił Toruń i Radom. W pewnym momencie (to już jedenaście lat temu) kurs przeprowadził mój hufiec. Kilka środowisk na lata zaangażowało się w pomoc. Miastko, Łódź, Sokołów, Szczecin, wymienione już hufce (mój to Praga Południe). Jeździliśmy pomagać organizować festiwale piosenki harcerskiej, kursy zastępowych, patrzyliśmy (czasem z podziwem) na wybory władz. Dawali sobie radę.
Białoruś i tamtejsze harcerstwo jest jednak specyficzne. Na pracę organizacji nakłada się sytuacja polityczna wschodniego sąsiada oraz skromne możliwości, jakie ma dziś Związek Harcerstwa Polskiego. No i tzw. czynnik ludzki. Dlaczego wśród działaczy harcerskich ma być inaczej niż w pozostałej części społeczeństwa? Jakim cudem mieliby pracować bezkonfliktowo? Kłopotów, problemów, spraw było i jest niezwykle dużo.
Właśnie zakończył się kolejny kurs drużynowych, trzeci prowadzony w tym samym miejscu, częściowo przez tę samą kadrę. Można porównać, można wyciągnąć wnioski.
1. Program całego Związku i poszczególnych środowisk zazwyczaj nie istnieje. Ot, grupa (zwana drużyną) spotyka się co jakiś czas i “rozmawia o harcerstwie”. Pytam: - Dlaczego nie zorganizujecie rajdu lub wycieczki do miejsc, związanych ze wspólną historią Polski i Białorusi? Czy wiecie, gdzie jest kanał Ogińskiego, gdzie są Bohatyrowicze, gdzie urodził się Mickiewicz lub Kościuszko? Recytowaliście “Świteź” nad brzegiem jeziora? Chodziliście po Grodnie szlakami Orzeszkowej? Podejmujecie jakieś zadania o podobnym charakterze? - Nie. - To co robicie? - Śpiewamy piosenki… - A wiecie, co to był sejm grodzieński? Którzy polscy królowie zmarli w Grodnie? Co się mieściło w Twierdzy Brzeskiej? Kto był tam więziony i dlaczego? - Nie, harcerze na Białorusi śpiewają piosenki i rozmawiają na zbiórkach o harcerstwie.
2. Jeszcze dziesięć lat temu polskie dzieci uczyły się w szkołach języka polskiego, uczyły się szybko, miały zapał, chęć czytania i pisania po polsku. Po polsku mówiły, także między sobą. A pamiętajmy, że ich matki i ojcowie języka przodków często nie znali. Po polsku mówiły jednak prababcie i babcie, które urodziły się często jeszcze w II Rzeczpospolitej. Dziś nauka polskiego jest marginalizowana, mówienie po polsku, które należało do dobrego tonu, zamiera i na kursie drużynowych harcerze mówią między sobą po rosyjsku, ba, pojawiają się osoby nie mówiące po polsku. Powtórzę. Są tacy Polacy w harcerskich mundurach, którzy nie rozumieją ojczystego języka. Harcerze? Nie jestem pewny.
3. Piętnaście lat temu organizowanie drużyn nie było niczym ograniczone, dyrektorzy szkół, gdzie były polskie dzieci (w Grodnie ponad 20% populacji to Polacy), z radością witali naszych instruktorów i umożliwiali prowadzenie zbiórek. Dziś? Dziś w każdej miejscowości, każdej szkole, także każdej parafii jest inaczej. Nie, nie wymienię tu miejscowości. Ale są już szkoły, gdzie harcerstwo (przypomnijmy, organizacja oficjalnie zarejestrowana w białoruskim Ministerstwie Sprawiedliwości) “schodzi do podziemia”. Bo lepiej, aby dyrektor szkoły nie wiedział, że nauczyciel opiekuje się harcerstwem, bo w szkole nie ma możliwości organizowania zbiórek, nie da się też w Domu Polskim i na terenie parafii. W każdym przypadku z innego powodu. Na przykład proboszcz jest z Polski i boi się, aby nie być usunięty z Białorusi, tak jak wielu innych kapłanów z polskim obywatelstwem. Albo ksiądz jest Polakiem z Białorusi i nie rozumie (i nie chce rozumieć), czym jest harcerstwo. O dyrektorach szkół i domach polskich też można napisać długie analizy.
Nie zmienia to faktu, że są miejsca, gdzie harcerzy się ceni, pomaga, wspiera. Bo, powtarzam, każda drużyna znajduje się w innej sytuacji.
4. No i styl, sposób kierowania organizacją. O tym napiszę kiedyś odrębny felieton. Mam nadzieję, że coś się tu natychmiast zmieni, gdyż nie może po dwudziestu latach organizacja funkcjonować jako ruch z jego pozytywnymi, ale i negatywnymi cechami.
5. I punkt ostatni, ale może najważniejszy. Harcerstwo ma potężną konkurencję - oficjalne, wspierane przez państwo związki młodzieży. Do nich wypada, należy, trzeba należeć. Tak jak w Polsce w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku. To nie konkurencja programowa, raczej ideowa, inaczej budująca młodego człowieka. Owa konkurencja to także temat na inny felieton.
I pomimo tych przeszkód, mimo kłopotów, problemów ruch harcerski na Białorusi nie zamiera. Kibicuję mu wiele lat i mam nadzieję, że doczekam się czasów, gdy będzie tam działać prężna, jednolita, dobrze kierowana organizacja. Będę o niej pisał.