Adam Czetwertyński

Harcerstwo (105) Kultura (168) Polityka (30) Szkoła (45) Varia (57)

Czytanie, czytanie

Już niedługo zlot w Krakowie. Karol. który funkcji ma co niemiara i w czasie zlotu dowodzić będzie naszymi mediami, zaproponował, bym w centrum multimedialnym robił to, co potrafię najlepiej, czyli redagował rozliczne tworzone tam teksty. Mam przy okazji dowodzić grupą młodszych i starszych harcerzy, by na papierze i w internecie dochodziły do naszej harcerskiej braci jak najlepsze komunikaty.
Mam nadzieję, że w naszym zlotowym “Skaucie” znajdzie się sporo materiałów do poczytania, że będą to teksty interesujące dla młodszych i starszych. Mam też nadzieję, że “Skaut” dorówna dziennikowi “Czuwaj”, jaki ukazywał się w Zegrzu w 1995 roku. Uważam, że było to najlepsze pismo zlotowe wydawane w ostatnich latach, bo z tym, które ukazywało się w Spale, porównywać się oczywiście nie będziemy. Tak, tamto “Czuwaj” redagowałem i do dziś jestem z niego dumny.
Dobre pismo harcerskie…. Przypomniały mi się dwie rozmowy z przemiłymi skądinąd instruktorkami. Obie, i wcale nie chórem, stwierdziły, że prasy harcerskiej nie czytają. Nie mają na to czasu. Nie mają na to chęci. To pierwsze tylko częściowo rozumiem, bo nigdy nie jest tak, że nie mamy czasu na to, co robić chcemy lub powinniśmy. To drugie świadczy o małej dojrzałości druhen instruktorek.
Niegdyś, przed laty, gdy redagowałem miesięcznik “Czuwaj”, rozmawiając z instruktorami Głównej Kwatery lub komend chorągwi spokojnie nawiązywałem do materiałów, które zostały w naszym piśmie opublikowane. Po jakimś czasie zadawałem im zazwyczaj pytanie “czytałeś?”, bo rozmowa o nieznanych tekstach była dziwaczna. Zdarzyło się, że pewna druhna nie czytała “Czuwaj”, bo mnie nie lubiła. Argument jak argument. Przecież nie zapełniałem pisma własnymi materiałami. Ale teraz po prostu inna druhna “nie ma czasu” i “nie ma chęci”.
Co z tym fantem zrobić? Jak przekonywać instruktorów, że niewiedza nie jest lepsza od wiedzy? Jak wytłumaczyć, że nie ma szans na autentyczne funkcjonowanie w organizacji, jeżeli jest się instruktorem bez pełnej o niej wiedzy?
Zawsze mnie zdumiewają druhowie, działający w pewnej chorągwianej komisji, dowiadujący się o pracy ZHP z informacji, jaka co miesiąc jest im przekazywana ustnie przez bardziej światłych instruktorów. Żeby poczytać coś na piśmie? Nie, przecież wszystko, co najważniejsze, będzie im w formie papki przekazane. Cóż oni naprawdę wiedzą o harcerstwie? Niewiele - już kiedyś o tym pisałem.
Może dlatego tak mnie to obchodzi, bo sam od lat mam zupełnie inny stosunek do słowa pisanego. Gdy rozpoczynałem swą przygodę jako kandydat na drużynowego z uporem czytałem dwutygodnik “Drużyna”. Zazwyczaj jeden egzemplarz dochodził do kiosku. Udawało mi się go kupić. I czytałem, czytałem, choć połowa tekstów na pewno nie była dla mnie przejrzysta.
Dziś po latach znów będę współodpowiadał za harcerskie pismo, które docierać będzie do trzech tysięcy czytelników. Tylko czy będzie ono przez naszych harcerzy i instruktorów czytane?

O harcerstwie na Białorusi

Ile już lat kibicuję harcerstwu na Białorusi? Prawie dwadzieścia. Różne były to etapy. Najpierw zakładał drużyny mityczny Jacek z Gorzowa, później dowodził dużą i prężną organizacją Wiesiek, dziś kieruje nią Antoni. Najpierw spotykaliśmy się z entuzjazmem pierwszych miesięcy i lat wolności, później z naszej strony nastąpiła żmudna praca szkolenia młodych Polaków z Białorusi, a z czasem (a także równolegle) piętrzyły się problemy, kłopoty, porozumienia i nieporozumienia. Od początku współpracował z białoruskim harcerstwem Hufiec Białystok, szkolił Toruń i Radom. W pewnym momencie (to już jedenaście lat temu) kurs przeprowadził mój hufiec. Kilka środowisk na lata zaangażowało się w pomoc. Miastko, Łódź, Sokołów, Szczecin, wymienione już hufce (mój to Praga Południe). Jeździliśmy pomagać organizować festiwale piosenki harcerskiej, kursy zastępowych, patrzyliśmy (czasem z podziwem) na wybory władz. Dawali sobie radę.
Białoruś i tamtejsze harcerstwo jest jednak specyficzne. Na pracę organizacji nakłada się sytuacja polityczna wschodniego sąsiada oraz skromne możliwości, jakie ma dziś Związek Harcerstwa Polskiego. No i tzw. czynnik ludzki. Dlaczego wśród działaczy harcerskich ma być inaczej niż w pozostałej części społeczeństwa? Jakim cudem mieliby pracować bezkonfliktowo? Kłopotów, problemów, spraw było i jest niezwykle dużo.
Właśnie zakończył się kolejny kurs drużynowych, trzeci prowadzony w tym samym miejscu, częściowo przez tę samą kadrę. Można porównać, można wyciągnąć wnioski.
1. Program całego Związku i poszczególnych środowisk zazwyczaj nie istnieje. Ot, grupa (zwana drużyną) spotyka się co jakiś czas i “rozmawia o harcerstwie”. Pytam: - Dlaczego nie zorganizujecie rajdu lub wycieczki do miejsc, związanych ze wspólną historią Polski i Białorusi? Czy wiecie, gdzie jest kanał Ogińskiego, gdzie są Bohatyrowicze, gdzie urodził się Mickiewicz lub Kościuszko? Recytowaliście “Świteź” nad brzegiem jeziora? Chodziliście po Grodnie szlakami Orzeszkowej? Podejmujecie jakieś zadania o podobnym charakterze? - Nie. - To co robicie? - Śpiewamy piosenki… - A wiecie, co to był sejm grodzieński? Którzy polscy królowie zmarli w Grodnie? Co się mieściło w Twierdzy Brzeskiej? Kto był tam więziony i dlaczego? - Nie, harcerze na Białorusi śpiewają piosenki i rozmawiają na zbiórkach o harcerstwie.
2. Jeszcze dziesięć lat temu polskie dzieci uczyły się w szkołach języka polskiego, uczyły się szybko, miały zapał, chęć czytania i pisania po polsku. Po polsku mówiły, także między sobą. A pamiętajmy, że ich matki i ojcowie języka przodków często nie znali. Po polsku mówiły jednak prababcie i babcie, które urodziły się często jeszcze w II Rzeczpospolitej. Dziś nauka polskiego jest marginalizowana, mówienie po polsku, które należało do dobrego tonu, zamiera i na kursie drużynowych harcerze mówią między sobą po rosyjsku, ba, pojawiają się osoby nie mówiące po polsku. Powtórzę. Są tacy Polacy w harcerskich mundurach, którzy nie rozumieją ojczystego języka. Harcerze? Nie jestem pewny.
3. Piętnaście lat temu organizowanie drużyn nie było niczym ograniczone, dyrektorzy szkół, gdzie były polskie dzieci (w Grodnie ponad 20% populacji to Polacy), z radością witali naszych instruktorów i umożliwiali prowadzenie zbiórek. Dziś? Dziś w każdej miejscowości, każdej szkole, także każdej parafii jest inaczej. Nie, nie wymienię tu miejscowości. Ale są już szkoły, gdzie harcerstwo (przypomnijmy, organizacja oficjalnie zarejestrowana w białoruskim Ministerstwie Sprawiedliwości) “schodzi do podziemia”. Bo lepiej, aby dyrektor szkoły nie wiedział, że nauczyciel opiekuje się harcerstwem, bo w szkole nie ma możliwości organizowania zbiórek, nie da się też w Domu Polskim i na terenie parafii. W każdym przypadku z innego powodu. Na przykład proboszcz jest z Polski i boi się, aby nie być usunięty z Białorusi, tak jak wielu innych kapłanów z polskim obywatelstwem. Albo ksiądz jest Polakiem z Białorusi i nie rozumie (i nie chce rozumieć), czym jest harcerstwo. O dyrektorach szkół i domach polskich też można napisać długie analizy.
Nie zmienia to faktu, że są miejsca, gdzie harcerzy się ceni, pomaga, wspiera. Bo, powtarzam, każda drużyna znajduje się w innej sytuacji.
4. No i styl, sposób kierowania organizacją. O tym napiszę kiedyś odrębny felieton. Mam nadzieję, że coś się tu natychmiast zmieni, gdyż nie może po dwudziestu latach organizacja funkcjonować jako ruch z jego pozytywnymi, ale i negatywnymi cechami.
5. I punkt ostatni, ale może najważniejszy. Harcerstwo ma potężną konkurencję - oficjalne, wspierane przez państwo związki młodzieży. Do nich wypada, należy, trzeba należeć. Tak jak w Polsce w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku. To nie konkurencja programowa, raczej ideowa, inaczej budująca młodego człowieka. Owa konkurencja to także temat na inny felieton.
I pomimo tych przeszkód, mimo kłopotów, problemów ruch harcerski na Białorusi nie zamiera. Kibicuję mu wiele lat i mam nadzieję, że doczekam się czasów, gdy będzie tam działać prężna, jednolita, dobrze kierowana organizacja. Będę o niej pisał.

To był wieczór

To był wieczór! Na scenie ogromne przejęcie widoczne na twarzach niezależnie od wieku biorących w występie udział. Ale tam obowiązuje profesjonalny uśmiech.
Widownia zapełniona do ostatniego miejsca i ręce jeszcze przed podniesieniem kurtyny przygotowane do burzliwych oklasków.
Bierzemy udział w dorocznym pokazie grup tanecznych skupionych w jednej z warszawskich szkół tańca. Czego nie można tam poćwiczyć! Jest taniec klasyczny (i wcale nie trzeba w tej grupie być dobrze umięśnioną, aczkolwiek wątłą panienką, jakie prezentują się na profesjonalnych scenach). Jest taniec brzucha (zawsze mi się wydawało, że taniec brzucha to zupełnie coś innego, niż zobaczyliśmy, ale ja się nie znam - i dobrze). Jest taniec towarzyski, grupa tańcząca jazz, inna to taniec z jakąś fabułką - nie wiem, jak ją nazwać.
Dziesiątki panienek, dziewcząt i kobiet. Same istoty prezentujące płeć piękną! Wśród chyba dwóch setek wykonawczyń trzech mężczyzn! Ich - chłopaków - to zupełnie nie interesuje! Rozumiem taniec brzucha zarezerwowany dla kobiet. Ale w innych grupach chłopców nie ma. No dobrze, ale ja się nie znam. Siedzę na widowni j zastanawiam się. Zwracać uwagę na wszelkie wpadki? A może cieszyć się z wykonawcami z ich sukcesów? Tylko jak się cieszyć, gdy widać ciężką pracę a nie widać lekkości i radości z zabawy, jaką zawsze jest taniec?
Na szczęście odrobinę (no, dwie odrobiny) luzu wprowadziły zapowiadające poszczególne występy organizatorki całej imprezy. Przebierały się, tańczyły, modulowały głos, były zabawne i rozśmieszały nas. Gdyby jeszcze te występy któraś z grup potraktowała tak samo! Ale nie - wysiłek i jeszcze raz wysiłek. Wszak oglądają nas mamy, babcie, przyjaciele i nieprzyjaciele. Trzeba być bezbłędnymi.
Nasza Ola (patrz życiorys na stronie rodzinnej) tarzała się po scenie znakomicie, maszerowała zza jednych kulis do drugich, machała głową do upadłego, ponoć nawet stojąc przed nami trzymała w ręku szklaną kulę. Nic o tym nie wiedzieliśmy, bo szkło jest przezroczyste i kuli widać nie było. No i jeszcze przebiegła się kilka razy po scenie wokół całej grupy. Ponoć miała już zadyszkę. Widać, że to ceniona tancerka, bo inne tylko maszerowały a Ola mogła być szybsza niż inne. Bardzo mi się to jej bieganie podobało, wiec gdy cała grupa skończyła miotanie się na scenie, klaskałem do upadłego. Pozostałe rodziny też.
Tak było. Większa grupa - silniejsze oklaski, mniejsza - słabsze.
Już nie mogę się doczekać występu za rok. Co Ola wtedy nam pokaże po kolejnym roku ciężkiej pracy?

Porozumienie

Dla mnie problem porozumienia zaczął się chyba w listopadzie ubiegłego roku. Jakoś tak zgadało się w GK, że przed Zjazdem ZHP byłoby właściwe spotkać się z Minister Edukacji Narodowej, porozmawiać o roli harcerstwa w szkole, spróbować troszkę odświeżyć nasze kontakty. Bo, nikt chyba tego nie kwestionuje, jeżeli bylibyśmy wspierani przez każdą szkołę, każdego dyrektora i radę pedagogiczną, nasza sytuacja jako organizacji ciągle zmniejszającej swą liczebność zdecydowanie by się zmieniła. Kłopot był trochę w tym, że pani Hallowa nie była nigdy w harcerstwie, ZHP było jej bardzo odległe, choć w minionych latach, gdy pracowała w Gdańsku a nasza Naczelniczka była tam komendantką hufca, drogi pań przecinały. Dlatego trudno powiedzieć, by sprawy harcerskiej pani Minister były całkiem nieznane.
No ale wówczas, samorządnie i niezależnie, pełen dobrej woli postanowiłem, że zaopiekuję się odświeżeniem porozumienia, które mieliśmy przed wielu laty (19.02.1997) podpisane z ówczesnym ministrem prof. Jerzym Wiatrem. Porozumienie nie było złe, ale stało się mocno nieaktualne, choć Karta Nauczyciela ta sama i ustawa o systemie oświaty też. I o porozumieniu tym Związek już całkiem zapomniał. Ministerstwo też.
Zaraz po grudniowym Zjeździe (pamiętamy wystąpienie Katarzyny Hall i miłe pod naszym adresem kierowane słowa z trybuny zjazdowej) zabraliśmy się do pracy. Z jednej strony tworzyliśmy zapis merytoryczne, z drugie strony ciągle myśleliśmy o terminie i miejscu podpisania nowego porozumienia. Dzień Myśli Braterskiej? Dzień Świętego Jerzego? 2 maja - Dzień Flagi? Czas płynął, terminy się zmieniały, a my rozpatrywaliśmy kolejne wersje dokumentu.
Problem był jeden - zasadniczy - ze strony MEN porozumienie było widziane jako ogólna deklaracja “Jesteście fajni, lubimy was”. My chcieliśmy, aby zapisy były bardzo konkretne, nawet pod koniec pracy padło zdanie: “Wszystko jedno, co, ale niech to będzie rozliczalne”. Bo my bardzo liczyliśmy na zapis rzeczowy, aby z porozumieniem w ręku móc rozmawiać z dyrektorem szkoły. Problem nie do rozwiązania. Bo jak zapisać, że dyrektor szkoły ma obowiązek zaliczyć instruktorowi, będącemu nauczycielem, prowadzenie przyszkolnej drużyny harcerskiej w ramach tak zwanych godzin z Karty Nauczyciela? Ma prawo (o czym wiedzieć powinien), ale obowiązku już nie - wszak drużyna nie jest częścią systemu szkolnego, nawet jeżeli do niej należą wyłącznie uczniowie danej szkoły. Dlatego Minister może mówić o tym na zjeździe ZHP (i mówi), może twierdzić, iż godzina “karciana” powinna być rozliczana, gdy nauczyciel jest drużynowym, ale nic więcej, co się okazało, zrobić nie może, na przykład nie może zapisać tego w porozumieniu.
Prace trwały długo, prawnicy ministerialni mieli wiele pracy. 23 maja, a więc prawie 99 lat po wydaniu przez Andrzeja Małkowskiego pierwszego rozkazu porozumienie zostało w Tczewie, w trakcie zakończenia rajdu “Rodło” podpisane.
Trochę w tym dokumencie jest mojej pracy, traktuję go więc bardzo osobiście. Będę o nim pisał, starał się interpretować. Najpierw w najbliższym czerwcowo-lipcowym numerze “Czuwaj”. A później w innych miejscach i w inny sposób. W nowym roku harcerskim pierwsze efekty porozumienia powinny być widoczne. Nie tylko w tych zapiskach.

Tango, czyli remanentu ciąg dalszy

Pisanie o inscenizacji “Tanga” bez porównywania z “tamtym” z Teatru Współczesnego byłoby niestosowne. Kiedy to było? Sto lat temu? Pięćdziesiąt? Najstarsi ludzie nie pamiętają. Gdy zastanawiam się dziś - już nie żartując, po kilkudziesięciu latach - co (poz treścią) z tamtego z tamtego przestawienia zapamiętałem, mogę chyba odpowiedzieć - aktorów. To było przedstawienie gwiazd polskiego teatru dramatycznego. Fijewski, Ludwiżanka (jak ona układała się na katafalku, jak ona prosiła, aby pozwolono jej z niego zejść, jak ona umierała - a przecież była to rola drugoplanowa), Michnikowski (Artur), Czechowicz, Pawlikowski…
Przyznam się - poczytałem przed napisaniem tego tekstu recenzje tamtego spektaklu z roku 1965. Entuzjastyczne (także, nie uwierzycie, w “Trybunie Ludu”). Tak, moja pamięć mnie nie zawodzi - to był spektakl gwiazd. Axer potrafił ze wszystkich wymusić, nawet na najsłabszych - wydawałoby się - Kossobudzkiej i Sołtysik - grę zespołową i solową. Może przede wszystkim solową. Każdy z aktorów grał swą najlepszą rolę w życiu. A dodajmy do finałowe tango, które do dziś brzmi mi w uszach. Bo brzmiało ono po zapadnięciu kurtyny, brzmiało w szatni, snuło się za nami po wyjściu w teatru.
Co zapamiętam z “Tanga” w Teatrze Narodowym? Chyba jednak formę. “Tango” to dramat o formie, zasadach, konwenansach. Bo czym jest koncepcja Edka jak nie nową (a właściwie starą, jak świat) formą. I dlatego z widowiska, jakie nam zaproponował Jarecki, zapamiętamy koncepcję zagospodarowania widowni-sceny w pierwszej (bałaganiarskiej) i drugiej (uporządkowanej) części. Pomysł bardzo dobry, trafiony, na scenie przy Wierzbowej mozliwy do zrealizowania.
A dalej? Dalej już nijak. Dobra gra zespołowa, nie zawsze trafnie dobrani aktorzy do swych ról (razi, jak bardzo razi niezły przecież na co dzień Englert jako wuj Eugeniusz - Eugeniusz grany jako zdeklasowany inteligent, dumny, spokojny, nie do przyjęcia antyteza Eugeniuszów z innych przedstawień). Odgrywają więc dość spokojnie, czasem ironicznie, z dystansem (ciekawy moment “robienia zdjęcia” rodzinie Stomila i widowni). Czemu jednak nie potrafimy przejąć się śmiercią Artura a także ładną sceną pomiatania - dosłownie - Arturem, zainteresować eksperymentem Stomila czy nawet, zawsze zabawną, sceną otwarcia drzwi, za którymi zamiast sceny morderstwa rozgrywana jest partia jakiejś gry w karty. No cóż dramat o formie musi przypominać Gombrowicza a nie Dostojewskiego. Tak wyszło.
Co by było, gdyby ktoś, co najlepsze wziął z Axera i z Jareckiego? Ale byłby eksperyment!

Next Page »