Adam Czetwertyński

Harcerstwo (141) Kuchnia (10) Kultura (191) Polityka (36) Szkoła (50) Varia (76)

Coroczna do maturzystów…

Pod felietonikiem o jubileuszu Jurka Nowaka znalazł się dopisek - pytanie: - A gdzie doroczna odezwa do maturzystów?
Potrzebna jest taka? Co roku? Ejże…
W tym roku nie miałem klasy maturalnej. To znaczy nie miałem i jakbym miał zarazem. Bo na dwa tygodnie przed zakończeniem nauki przez maturzystów wpadły mi do nauczania dwie klasy. Taki los. Rozmowa o “Tangu”, o wybranych wierszach współczesnych poetów i udzielanie “mądrych rad”. Przydałem się nieco do poprawiania bibliografii prezentacji ustnych (strasznie słabiutko przygotowanych od strony formalnej), nieco też rozmawiałem o samych prezentacjach. Ale tak naprawdę, to w obu klasach nie było wielu chętnych do autentycznego ostrego przygotowania się do matury. Nie było propozycji omówienia zapomnianych lektur, tematów, wątków. Ot, przyszedł obcy nauczyciel, obie trzecie klasy stwierdziły, że jakoś to będzie… No i jakoś było.
Dziś, gdy to piszę, “moi” maturzyści już są po egzaminie pisemnym. Pewnie im się udało, bo są sympatycznymi, inteligentnymi młodymi ludźmi. Ale czy któreś z nich napisze bardzo dobrze? Wątpię. - Bo my nie idziemy na studia humanistyczne - słyszę. I nieco mi smutno. Dlaczego dobry przyszły inżynier nie ma być dobrym polonistą?
Teraz bardzo interesują mnie prezentacje ustne. Pytam ponad sześćdziesiątkę abiturientów z naszej szkoły i jestem też w komisji w szkole sąsiedniej. Słuchać będę prezentacji fascynujących, ale także bladych, nijakich, schematycznych. Tych pierwszych jest na szczęście więcej. Zapytacie, skąd ta wiedza. Wystarczy przeczytać bibliografię, konspekty i naprawdę wiadomo, czego można się spodziewać. Co prawda niegdyś zaskoczył mnie (negatywnie) autor prezentacji językoznawczej (analizował współczesne piosenki), który (jak się okazało) nie miał nic do powiedzenia. I odwrotnie - prezentacja dotycząca dramatu romantycznego (czyli “Dziady” i “Kordian”), wydawałoby się, z której nic nie da się wycisnąć - była świetna. Ale to wyjątki.
Cóż, moi drodzy. Strasznie jestem ciekaw, co usłyszę w tym roku. Choć komentarza, takiego na bieżąco, przeczytać nie będziecie mogli. Podpisujemy wszak zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy służbowej. Dlatego wybaczcie…
Łatwiej mi będzie skomentować matury pisemne, ale sprawdzać je będę w drugiej połowie maja. Więc mamy jeszcze nieco czasu… Pod koniec maja o pisemnych napiszę.
PS Gdy piszę to uzupełnienie, mamy 12 maja. Przepytałem 35 maturzystów. I miałem rację. Prezentacji dobrych i bardzo dobrych jest więcej niż tych słabiutkich. To bardzo cieszy.

Jerzy Zygmunt Nowak, czyli 45 lat minęło

Na scenie nieduży starszy pan. Krótkie wąsy, przystrzyżona broda. Obok niego mnóstwo kwiatów, jakiś obraz, podkowa, puchar… Opowiada o swoim życiu, przede wszystkim życiu na planie filmowym. Ma kłopot z mówieniem do mikrofonu, wszak ma donośny głos i zazwyczaj słychać go w ostatnim rzędzie. Mikrofon w ręku cały czas niewykorzystany. Mówi o spotkaniach przed kamerą z wielkimi i mniejszymi postaciami polskiej sceny. Co jakiś czas pojawiają się przy starszym panu piękne dziewczęta, dorodni chłopcy – tańczą, śpiewają… Co jakiś czas fragment filmu.
W Centrum Promocji Kultury przy Podskarbińskiej we wtorek 17 kwietnia trwa benefis Jerzego Zygmunta Nowaka, zorganizowany przez Harcerski Teatr „Paradox”. Z tym amatorskim bardzo ciekawym teatrem pan Jerzy związany jest od kilku lat i tam harcerze na czele z szefem „Paradoxu” Markiem Medyńskim wpadli na pomysł, by przypomnieć sobie i gościom dokonania aktora, który grał ponoć w stu polskich filmach.
Na widowni młodsi i starsi przyjaciele: aktorzy, ludzie filmu i teatru z prezesem ZASP-u Olgierdem Łukaszewiczem, Hanną Śleszyńską i Laurą Łącz, przedstawiciele administracji z zastępcą burmistrza Pragi Południe Jarosławem Karczem, samorządowcy z przewodniczącym dzielnicowej komisji kultury Ryszardem Kalhoffem i harcerze z komendantką hufca ZHP Krystyną Mamak.
Oj, działo się działo. Z Olimpu przybył na Podskarbińską sam Bachus, młodzi artyści pokazywali najpiękniejsze (a w przypadku „Tańca wampirów” najstraszniejsze) fragmenty przedstawień. Okazało się, że w teatrze jest kilkoro bardzo zdolnych wokalistów a tancerzy bez liku. A Jerzy opowiadał, opowiadał…
45 lat na scenie i przed kamerą – prawie pół wieku. Życzeniom składanym jubilatowi nie było końca. U wielu kręciła się łza w oku, gdy wspominali dawne czasy. Wszyscy życzyli sobie, byśmy mogli się spotkać na następnych jubileuszach. Najbliższy już niedługo – za pięć lat.

Trochę kultury

Nie piszę zbyt często w tym miejscu. I ciągle mam zaległości. Jeden teatr, drugi, trzecia wizyta w teatrze. I nie ma ani cienia notatki w tym miejscu. Może więc choć starą metodą skromnych notatek przypomnieć sobie, co widziałem w ostatnim czasie?

Tuwim
Dawno nie widziałem tak dobrze recytowanych fragmentów “Balu w operze”. No, może konkurencją był Wojciech Siemion, ale jego przedstawienia w Starej Prochowni najstarsi ludzie nie pamiętają. Inne fragmenty - i te kabaretowe, i te poważniejsze - były prezentowane raz lepiej, raz gorzej. Ale spektakle małej scenie teatru Roma zazwyczaj są udane. Może dlatego, że zawsze czuje się tam rękę Jerzego Satanowskiego. I ja to lubię (nawet gdy Piotr Płaksin nie podoba mi się a fragmenty kabaretowe po prostu nie bawią), bo w sumie to dobre widowisko. A może ja po prostu lubię Tuwima w każdej postaci?

Cyd
W “Cydzie” wszystko skończyć się musi dobrze. To taka urocza komedia. Tak się dobrze ją ogląda, dobrze słucha, nawet w archaicznym tłumaczeniu. I mamy przeciętny teatr, który od dawna jest teatrem dla szkół i wycieczek, teatr borykający się z pustawą widownią. Teatr Polski. Uratować ten teatr ma Andrzej Seweryn. Ale “Cyd” nie jest najlepszym spektaklem. Mało znaczący (ale pochodzący z obcego kraju) reżyser tworzy przedstawienie statyczne. Ma nas bawić mówienie aktorów do nas a nie do siebie. Ma zaciekawiać operowanie konwencjonalnym ograniczonym ruchem. Nie. Po prostu nie.

Znów festiwal pana B.

Elżbieta Penderecka jest niezniszczalna. Już nas zaprosiła na przyszłoroczny Festiwal Beethovenowski. A na razie w filharmonii (i troszkę w Zamku Królewskim), a więc w okrojonej nieco formie trwał nasz kolejny Festiwal Wielkanocny. Czasem zastanawiam się, czy ważniejsze są występy - doskonała orkiestra, świetni soliści, doskonały dyrygent i cudownie śpiewający chór, czy też publiczność, która ogląda kulturalnych celebrytów. Nie, nie będę wymieniał tych, których rozpoznałem w Wielki Piątek. Byłaby to bardzo długa lista, bardzo długa. A koncert był cudowny.

Jak w Paryżu
“Ateneum” to teatr repertuarowy. Taki poważny, odpowiedzialny przed Bogiem i historią, pokazujący znaczące przedstawienia, które pozostają w pamięci widzów i znawców teatru. Wystarczy znaleźć się w kawiarence teatralnej i popatrzeć na zdjęcia. Tylko że to już historia. Dziś typowa dla tego teatru jest składanka francuskich piosenek (Paryż o północy?) dobrze śpiewanych przez aktorów. Jest atmosfera, jest orkiestra na żywo, jest dobra scenografia. Oj, jak mi dobrze oglądało się całe widowisko. A gdy zapominałem, że nie jestem w “Syrenie”, tylko w “Ateneum”, byłem szczęśliwy.

Joanna Szalona
Jakoś nie przekonał mnie Maciej Nowak i jego program Spotkań Teatralnych. Nie przekonał mnie, iż warto bić się o bilety, poszukiwać wejściówek i zaproszeń. Kupiłem bilety na “Joannę” i to mi wystarczyło. Miałem rację. To przedstawienie też mnie nie zachwyciło. Nie, nie lubię pseudonowoczesności. Kostiumy dziwaczne, scenografia “oryginalna”, tekst nie przemawiający do widza takiego jak ja. Na dodatek aktorzy, którzy w swych rolach i kostiumach czują się wyraźnie źle. I grają jak na próbie. Na ich nieszczęście na ekranach pokazane jest tłumaczenie na angielski. Ile razy może być pokazywany tak zupełnie inna wersja dramatu? No i jeszcze ogólny sens. Nie, to raczej było bez sensu.

Mówimy prozą
To kolejny dobry rocznik studentów Akademii Teatralnej. Oni potrafią grać, potrafią mówić (także prozą). Potrzebują tylko dobrej reżyserii, dobrego kierowania. Niczego więcej. Tym razem się nie udało. Pan Jourdain to nie pierwszy lepszy bohater. Jego postać (może nieco na kolanie) stworzył sam Molier. Nie należy go lekceważyć. Bo moim zdaniem lekceważeniem autora i przy okazji bohaterów jest budowanie postaci pani Jourdain jako dewotki, jako kłótliwej, zrzędliwej kobiety. Lekceważeniem też jest unowocześnianie akcji - ot, choćby jakieś rapowanie. I ta straszna scenografia. Chyba nie wynika ona wyłącznie z koniecznych w AT oszczędności. Ale młodzi aktorzy są dobrzy, podobali mi się. I to cieszy.

Zamieszanie

Muszę przyznać, że nie umiem podjąć decyzji. Nie wiem, po czyjej mam być stronie. Wszystkich ich lubię i nie wiem, kto ma rację. Chyba nie ja jeden. Bo nie wiem, dlaczego nasza chorągiew jest w tak fatalnym stanie finansowym, choć nasz komendant jest niezłym biznesmenem i nie wiem, dlaczego komenda się skłóciła. Nie rozumiem, dlaczego szóstka instruktorów w stopniu podharcmistrza i harcmistrza podzieliła się i znalazła się w sytuacji patowej. Bo troje jest za a trzech przeciw (lub na odwrót).
Nie rozumiem, dlaczego Waldek wybrał sobie Bartka na współpracownika i nie umiał się z nim przez ponad rok dogadać. I dlaczego Bartek nie tylko nie umiał dogadać się z Waldkiem. ale także (wydaje się) nie wywiązywał się ze swoich obowiązków skarbnika chorągwi. Ale z tych obowiązków nie wywiązywał się także Waldek.
Nie, po prostu tego zrozumieć się nie da. I ja nie wiem, kto ma rację.
I nie pomaga mi tu decyzja rady chorągwi. Bo czy ktoś zrozumie, co tak naprawdę chciała nam przekazać rada, podejmując decyzję o zwołaniu w połowie czerwca zjazdu nadzwyczajnego? Napisała, iż zjazd ma się zebrać w celu przeanalizowania aktualnej sytuacji Chorągwi oraz – jeśli Zjazd uzna za zasadne – w celu: podjęcia uchwały w sprawie wygaszenia mandatu Komendanta Chorągwi, wyboru nowego Komendanta Chorągwi, określenia, na wniosek wybranego komendanta Chorągwi, liczebności Komendy Chorągwi oraz wyboru, na wniosek wybranego Komendanta Chorągwi, Komendy Chorągwi.
Czyli rada chorągwi nie wie, czy jest za wygaszeniem mandatu komendanta chorągwi (i w związku z tym podjęciem dalszych procedur), czy też nie.
Zauważmy - rada, nie wiedząc, czy chce wyboru nowego komendanta, oczywiście ma zamiar przez najbliższe dwa i pół roku współodpowiadać za losy chorągwi. Rada nie wie, co ma myśleć o pełnieniu dalej funkcji przez Waldka, ale wie, że pracuje prawidłowo i że skłócona komenda może sobie dalej działać (chyba że zjazd uzna coś innego za zasadne).
Czy rzeczywiście za sytuację w chorągwi winien jest wyłącznie Waldek z Bartkiem i Bartek z Waldkiem? Nie ma więc całej komendy, całej rady oraz komisji rewizyjnej?
Otóż nie. Każdy z nas powinien mieć moralnego kaca. Może źle się stało, że wybraliśmy po raz kolejny tego samego komendanta? Dla części z nas siedemnaście lat Waldkowego komendowania to niepełne dwie kadencje. I dobrze. A może źle się stało, że mamy radę chorągwi złożoną z komendantów hufców? Nie, nie mówcie mi, że nasz zacny hufiec czyni tu jakiś zastraszający wyjątek.
Razem to bardzo smutne. I na dodatek nie wiem, po czyjej mam być stronie.
PS Wniosek (taki czytelny, bez dwuznacznych uwag) jest następujący: Rada Chorągwi Stołecznej powinna zwołać zjazd nadzwyczajny w celu wyboru wszystkich władz chorągwi. I te wybrane władze powinny zacząć normalnie pracować. Proste.

Zjazd Nadzwyczajny

To był przedziwny dzień. Tak, nie. Tak, nie. Nie, tak, nie. Dzień głosowań Zjazdu Nadzwyczajnego ZHP. Przyjęto kilka uchwał, część odrzucono. Od tego dnia minęło już nieco czasu. Emocje przycichły. Pora na refleksję.
Pisałem już o tym w innym miejscu. To świetny pomysł - podzielić głosowania na około dwadzieścia odrębnych uchwał i podejmować decyzje oddzielnie. W ten sposób te zmiany, które delegaci uznali za dobre, można było do statutu wprowadzić.
Nie podobało mi się, jak były prowadzone grudniowe obrady zjazdowe. Za dużo decyzji przewodniczącego zjazdu było, nazwijmy to delikatnie, dyskusyjnych. A tu Rafał odmieniony. Podejmuje decyzje szybko, prowadzi głosowania bezbłędnie. Ten dzień, gdyby nie Rafał, mógłby się nie skończyć.
Zastanawiam się, czy zjazd podjął decyzje ważne. Czy coś nam się w organizacji zmieniło. Coś poza składkami. Wydaje mi się, że niewiele. Bo składka zadaniowa i obowiązek wpłacania składki członkowskiej to zmiany (moim zdaniem) rewolucyjne. Ale to tamta część zjazdu.
A tu? Członkowie wspierający i starszyzna skazani na niebyt? Ot, byli to członkowie, nazwijmy, przemijający. Nie było ich, byli (w statucie), teraz znów ich nie ma. Przesunięcia obowiązków między władzami? Czy to ktoś na poziomie hufca zauważy? Oczywiście nasi specjaliści od zastanawiania się, która władza jest najważniejsza, będą te decyzje długo przeżywać. Ale cała organizacja? Na pewno nie.
Delegaci rozjechali się z poczuciem satysfakcji. I mają sporo racji. Bo ważne jest nie tylko, co zmieniono, ale także czego nie zmieniono. Czego słusznie nie zmieniono. Nie wprowadzono do statutu kuriozalnych poprawek związanych z realizacją strategii. Nie zmieniono Prawa Harcerskiego. Pozostała kadencyjność zmian.
Tak, mogę delegatom za to podziękować.
Jest jednak ciemna plama na delegackich sumieniach. Program ZHP. Pozostaliśmy bez programu i jest nam z tym dobrze. Bardzo mnie to martwi. Bardzo.

Next Page »