Adam Czetwertyński

Harcerstwo (98) Kultura (163) Polityka (29) Szkoła (45) Varia (55)

Oj, te trupki

Trzy trupki. Jeden uduszony, drugi zadźgany nożyczkami, trzeci powieszony. I wszystko uczynił jeden aktor ubrany w piżamę. No, nie zawsze, gdy już zabiera się do wieszania, jest ślicznie rozebrany. co akurat mnie specjalnie nie wzrusza, ale starsze panie na widowni być może zachwyca. Całość od osiemnastu lat. I słusznie.
Aktor, to znaczy nie aktor, lecz bohater, którego ten aktor gra, ma lat trzydzieści pięć i morduje swą mamuśkę i dwie ciocie. Wie, co robi. My - widzowie - też. Aktor, to znaczy nie aktor, lecz bohater, którego ten aktor gra, jest umęczony do granic wytrzymałości. Tak umęczony, że postanawia nie mówić. Wie, co robi, popełniając trzy morderstwa. Wie, co robi, gdy nic nie mówi. Trzy starsze panie znęcają się nad nim. Świadomie? Nieświadomie? Kto to wie… My obserwujemy ten cyrk. I tak sobie cicho mówimy: - Samo życie. - Nadopiekuńczość mamuśki może samymżyciem jest, ale ten zestaw nadopiekuńczości??? Bzdura.
No tak - te trupki to nie tylko trupki, lecz także Trupki. Autor, reżyser i przy okazji dyrektor Teatru na Woli (niech nazwisko jego nie będzie wymienione w tym tekście) tak sobie śmiesznie i tragicznie wymyślił. Siostry nazywają się Trupki. Bardzo śmiesznie. Niezależnie od tego, że dwie miały mężów. Też Trupków?
Ale tak w ogóle to wszystko jest precyzyjnie wymyślone. W jednej scenie aktor (to znaczy nie aktor itd.) obcina paznokcie (nie sobie, nie sobie - cioci) a później zostawia te nożyczki w biuście mamuśki. Żeby było weselej - (bardziej tragicznie???) zabita za kulisami mamuśka na chwilę ożywa i przychodzi na scenę pomalowana czerwoną farbą i z owymi nożyczkami w biuście, bu umrzeć na naszych oczach na dobre.
Zastanawiam się. A gdyby tak aktor (to znaczy nie aktor…) w dziesiątej minucie tego bezsensownego przedstawienia ubił mamuśkę i dwie ciocie - czy nie byłoby lepiej? My - widzowie - nie musielibyśmy przez dwie godziny siedzieć na widowni, aktorzy (w tym dobre trzy aktorki!!!) mogliby się zająć czymś sensowniejszym, na przykład w domach posprzątać albo odkurzyć. I wszyscy bylibyśmy zadowoleni.
No, pewnie przesadzam. Na pewno są tacy (na przykład twórcy przedstawienia i ich rodziny), którym się “Siostry Trupki” podobały. A ja na pewno się czepiam.
PS Był jeden jasny element tego widowiska. Muzyka. To było to. Zupełnie atmosferą nie pasująca do wydarzeń na scenie. Ale jako kontra do siostrzyczek i ich postawy - znakomita. Zmieniam zdanie - do tamtych dziesięciu minut, które zaproponowałem jako spektakl, trzeba doliczyć jeszcze dziesięć minut muzyki i pięć minut umierania. Niech więc będzie razem (nie będę drobiazgowy) pół godziny. Wystarczy.

Najlepsi, najsłabsi

Opublikowano tegoroczną listę drużynowych, wyróżnionych z okazji Dnia Myśli Braterskiej listem Naczelnika ZHP. Ponad dwieście nazwisk wzorcowych, najlepszych oraz, jak wiemy, najważniejszych funkcyjnych w Związku. Młodych ludzi, którzy nie ukończyli 21 lat. Kwiat naszej organizacji. Powiecie - nazwiska jak nazwiska. To prawda. Ale ileż można wyciągnąć z takiej listy interesujących wniosków!
Najpierw zauważmy, jakie mamy najlepsze, z młodą najbardziej aktywną kadrą, hufce w Polsce. Wymienię trzy miejsca. Ten najlepszy to Wrocław - z szesnaściorgiem wybitnych drużynowych (a właściwie z piętnastoma drużynowymi i jednym drużynowym; co to, chłopaków wam w mieście brak?). Dwa hufce zajmują ex aequo drugie miejsce. To Radom-Miasto i Wadowice. W hufcach tym wyróżniono po trzynastu drużynowych. trzecie miejsce zajmuje Hufiec Podkrakowski - 12. Jakież to muszą być wspaniałe zespoły! Cały Związek powinien to wiedzieć. Wyobrażam sobie, jak takie środowisko z wzorcowymi szesnastoma czy trzynastoma młodymi drużynowymi musi się rozwijać! Na przykład 13 x 25 członków w każdej wzorcowej drużynie (nie wyobrażam sobie innej sytuacji) to 325 zuchów lub harcerzy w znakomitych środowiskach. Jeżeli dopiszemy do tego drużyny prowadzone nieco słabiej lub przez starszych drużynowych to mamy 1000-osobowy hufiec, którym powinna się każda chorągiew szczycić na co dzień. Autentycznie szczycić.
Najsłabsza w Związku jest Chorągiew Kujawsko-Pomorska. Wyróżniono w niej dwójkę drużynowych z Hufca Toruń. Zobaczcie, w Wadowicach lub Radomiu (fakt, dawnym mieście wojewódzkim) 13, a w Bydgoszczy ani jednego, tylko Toruń broni honoru całej chorągwi. przedostatnia jest Chorągiew Ziemi Lubuskiej - troje wyróżnionych. Cóż, pewnie w tych chorągwiach nie ma młodych drużynowych, których można było wyróżnić listem Naczelnika. Pewnie ci wzorowi są po prostu starsi. Tak też może być. Ale żeby w całych chorągwiach? We wszystkich hufcach? Zadziwiające.
Mamy też dość ciekawą sytuację, kiedy drużynowymi, najlepszymi drużynowymi w Związku Harcerstwa Polskiego są wędrownicy (bo wszak ci najlepsi ukończyli lat 16?), którzy nie zdobyli jakiegokolwiek stopnia lub mają pierwszy, najniższy stopień harcerski, który zdobywa się normalnie w wieku lat 11. Ci drużynowi, bez stopnia lub dumnie podpisujący się młodzik, mają oczywiście w swym rozkazie prawo przyznawania dowolnego stopnia młodzieżowego. Jak ciekawie musi wyglądać rozkaz druhny bez stopnia, która przyznaje jakikolwiek stopień. I komendant hufca, i komendant chorągwi tę druhnę uważa za najlepszą drużynową. Taki wzór dla harcerzy (i zuchów też). Jeżeli najlepsi nie zdobywają stopni, to jacy są ci słabsi?
Wydaje mi się, że Wadowice (nasz wzorowy hufiec) po prosu zapomniały dopisać na właściwych formularzach stopnie swych drużynowych. Wyobrażacie sobie? 13 wzorcowych drużynowych i ani jeden nie ma żadnego stopnia, nawet młodzika/ochotniczki? (Co prawda we Wrocławiu prawie wszystkie drużynowe mają stopień samarytanki - też ciekawe). Ale jak duża jest grupa tych bez stopnia w innych hufcach! Chciałbym wiedzieć, jak pracuje drużyna druha młodzika w Podkrakowskim lub w Sierpcu. A druhny ochotniczki z Ostrowa Wielkopolskiego? I tych licznych, licznych, najlepszych. Na pewno najlepszych?

W nieco zmienionej wersji felieton ten ukaże się w lutowym numerze “Czuwaj”

Olszynkowe refleksje

Nie, nieprawdą jest plotka, jakobym uczestniczył tydzień temu w Rajdzie Olszynka Grochowska po raz 52. I to nie tylko dlatego, ze rajd odbył się po raz pięćdziesiąty pierwszy. Także dlatego, że kiedyś, na początku mojego harcowania, nie był to nasz rajd - Hufca Saska Kępa, to rajd Hufca Grochów, którego pracą nie byliśmy zainteresowani. W historii naszego hufca - Pragi Południe - utrwalony jest mit, że połączenie niewielkich hufców (Falenicy, Wawra, Rembertowa i “naszych” dwóch) było korzystne dla harcerstwa w Warszawie (tak jak innych hufców “dzielnicowych”) . Na pewno? A gdyby nasze hufce liczyły po tysiąc-dwa tysiące zuchów i harcerzy czy nie pracowałoby nam się lepiej? Czy naszą małą ojczyzną nie była Saska Kępa lub Falenica a była jakaś ogromna niedefiniowalna Praga Południe? Po latach ową wielką Pragę Południe podzielono na trzy dzielnice. To daje do myślenia.
A jak to było z moimi Olszynkami? Byłem drużynowym zuchów, na Olszynkę chodziłem najpierw z harcerzami naszego środowiska, niewiele lat później (to połowa lat sześćdziesiątych) szefowałem trasom, a po jakimś czasie rajd organizowałem. Jako komendant “46″, jako komendant “3″, jako instruktor hufca. Ale w latach dziewięćdziesiątych
nie byłem na rajdzie potrzebny, ot, czasem przychodziłem na apel i tyle.
W tym roku po raz drugi z rzędu stanąłem na punkcie kontrolnym. Jak było być wielkim księciem Konstantym? Ciekawie. Niektórzy strasznie się mnie bali (szczególnie wtedy, gdy zacząłem do patrolu mówić po rosyjsku), niektórzy chcieli mnie aresztować na miejscu, większość harcerzy nic nie wiedziała o księciu - dlatego niektórzy drużynowi tłumaczyli przy mnie, że jestem strasznym wrogiem Polaków i nie należy ze mną rozmawiać. Ale nie każdy drużynowy potrafił wytłumaczyć, że koniecznie trzeba mnie wydać powstańcom. Cóż - może przed kolejną Olszynką trzeba zorganizować drużynowym odpowiedni wykład?
Ale niektóre patrole, takie bardziej ze mną zaprzyjaźnione, potraktowały mnie bardzo miło. Tu plus dla harcerek starszych z Wawra. Najsympatyczniejszy patrol świata. Ale nie one na trasie zwyciężyły. Szkoda.
Za rok kolejna Olszynka. Organizują “31″. Dwa dni? Trzy? Jaka trasa wędrownicza? Obiad na trasie? Symulacja bitwy? Co z noclegami? Ilu trzeba organizatorów? Z której strony Wisły mają być trasy? Co z mszą - modlitwą za poległych powstańców? Ile to ma kosztować? No tak. Kolejna Olszynka za rok.

Zabawki

Obaj umarli młodo, nie mieli jeszcze czterdziestu lat. Obaj tragicznie. Właściwie jeden zabił drugiego. A czy ten drugi w efekcie nie popełnił po kilku miesiącach samobójstwa? Agnieszka ich przeżyła, ale została pokonana przez raka. Zdolni, piekielnie zdolni. Osobowości, znakomitości, sławni, skonfliktowani ze światem, czasem ze sobą. Ale zazwyczaj jak pięknie się kochający! Najpierw szpetni dwudziestoletni, później - trzydziestoletni. Hłasko, Komeda, Osiecka.
Z listów, pamiętników wyłania się burzliwa młodość pokazana na scenie teatru “Roma”. Młodość powojenna, PRL-owska, z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, piekielnie zgrzebna, czasem beznadziejna, ale zazwyczaj optymistyczna. Z wielką ilością wódki w tle. Kluczowym jest więc fragment słynnej opowieści Hłaski o marynarce w nocnej “Kameralnej”. Ale wokół niej tęsknota za lepszym życiem, za prawdziwą miłością. Młodość.
Czy na pewno było tak, że żyli naznaczeni piętnem śmierci? Że czuli się zabawkami w ręku Pana Boga? tak teżz można interpretować ich życie.
Wędrówka za szczęściem kończyła się w Stanach Zjednoczonych. Ale czy prosto było w Kaliforni je znaleźć? W skromnym przedstawieniu w Teatrze “Roma” pokazano, że nie.
To zadziwiające - Hłasko pokazany jakby był własnym bratem, bo nie tyko pijakiem i kobieciarzem (to by było zgodnie ze schematem prezentowania go publicznie), ale i intelektualistą. Osiecka - dziewczyną zakochana. A w tle świetna muzyka Komedy. Z tą muzyką też jest zadziwiająco. Bo balladę “Ze świata czterech stron” znamy i zaśpiewać potrafimy. Ale już “Dwaj ludzie z szafą” (choć w oczach mam scenę nadmorską)? Nie pamiętam… To piękne melodie. Warte popularyzacji.
Na widowni dużo osób starszych. Czy ich młodość też była taka, jak bohaterów “Zabawek Pana Boga”?

Ploty

Niech będzie - opowieści o “Mateczniku” (a właściwie o naszym hufcu) ciąg dalszy. Ploty. Choć nie będzie kto z kim i dlaczego. Takie żywiutkie ploteczki chyba można tylko spisywać w pamiętniku. Ot, niektórych (a może większości) plotek nie przystoi publikować, przecież wtedy przestałyby być plotkami.
Więc najpierw historia. Kiedyś, to już było sto lat temu, kiedy waszych, Ado, Dominiczko, Moniczko rodziców jeszcze nie było na świecie, moje zuchy przyszły do mnie i zakomunikowały: - Druha dziewczyną jest druhna Ewa. - Nie, moją dziewczyną nie była druhna Ewa, drużynowa naszej żeńskiej 133 drużyny zuchów. Zuchy widziały nasza współpracę i sobie dopowiedziały ciąg dalszy. Wtedy najbliższa mi była Danusia, także drużynowa zuchów.
No tak, ale plotka już powędrowała w świat. Zuchy wiedziały lepiej. Ewa to Ewa. Hufiec nam wtedy rósł, powstawała drużyna za drużyną. Było nas więcej i było coraz lepiej i wszystko nam się harcerskoprywaciło. Więc i opowiadano o Ewie, i pewnie o Danusi, i jeszcze o… Nie, zapomniałem, jak ona się nazywała, co za wstyd. No tak, o Eli. To były czasy!
Ale plotkowaliśmy nie tylko o dziewczynach Na przykład tematem była Cytryna, żona naszego komendanta. Zawsze skrzywiona, zawsze niezadowolona, zawsze krytycznie nastawiona do nas wszystkich. Były więc plotki o Cytrynie zazdrosnej (oj, miała ona rację, nie lubiąc niektórych instruktorek), o Cytrynie wściekłej (też bym się wściekł na jej miejscu, gdybym musiał, jak ona, wyjmować ulubionego pieska - Kacperka - z latryny). O Cytrynie prawie kierującej hufcem. Historia, historia…
Dziś jest inaczej? On, ona, oni. Ada słucha, wie. Brawo Ada. Każdy chciałby wiedzieć coś więcej. Wystarczy w powietrzu narysować palcami kształt serca - bo ponoć czyjeś cerce bije w określonych sytuacjach silniej. I już mamy plotkę.
No tak. Jak to jest - gdzie się kończy żart a zaczyna prawda? Czy spotkanie za pół roku lub za dwa dwa lata jest wymyślone na serio, czy się wyłącznie wygłupiamy? Tylko sobie żartujemy? A gdy mówię, że któraś z dziewcząt ma kształt modelki, to kpię, czy rzeczywiście sądzę, iż dziewczyna jest śliczna? No, proszę bardzo, możemy sobie poplotkować. Na dodatek Zuzia stwierdziła, że gryzę. Skąd to Zuzia wiedziała? Z plotek?
Ale na kursie możemy rozmawiać nie tylko o dziewczynach. Na przykład zastanawiamy się, czy nasz kursant będzie dobrym drużynowym. Czy ma fantazję. Czy ma wiedzę. Jaki ma stosunek do innych osób. Do swoich harcerzy. I zastanawiamy się, czy wysiłek, jaki włożyliśmy w jego kształcenie, nie poszedł na marne. Oj, tutaj też można poplotkować.
No cóż - poplotkujemy? Kto z was będzie dobrym drużynowym? I kto chce nim zostać? Na serio?
Pozdrawiam.
PS Po naszym kursowym “Iwanowie” może chcielibyście pójść razem (ze mną, owszem) znów do teatru? Jakaś środa… (Nie jesteście w hufcu i raczej nie macie zbiórek). Gdy się zgłoszą trzy osoby - już idziemy. A później o sztuce będziemy mogli porozmawiać… No, macie temat do plotek…

Następna strona »