Nie piszę zbyt często w tym miejscu. I ciągle mam zaległości. Jeden teatr, drugi, trzecia wizyta w teatrze. I nie ma ani cienia notatki w tym miejscu. Może więc choć starą metodą skromnych notatek przypomnieć sobie, co widziałem w ostatnim czasie?
Tuwim
Dawno nie widziałem tak dobrze recytowanych fragmentów “Balu w operze”. No, może konkurencją był Wojciech Siemion, ale jego przedstawienia w Starej Prochowni najstarsi ludzie nie pamiętają. Inne fragmenty - i te kabaretowe, i te poważniejsze - były prezentowane raz lepiej, raz gorzej. Ale spektakle małej scenie teatru Roma zazwyczaj są udane. Może dlatego, że zawsze czuje się tam rękę Jerzego Satanowskiego. I ja to lubię (nawet gdy Piotr Płaksin nie podoba mi się a fragmenty kabaretowe po prostu nie bawią), bo w sumie to dobre widowisko. A może ja po prostu lubię Tuwima w każdej postaci?
Cyd
W “Cydzie” wszystko skończyć się musi dobrze. To taka urocza komedia. Tak się dobrze ją ogląda, dobrze słucha, nawet w archaicznym tłumaczeniu. I mamy przeciętny teatr, który od dawna jest teatrem dla szkół i wycieczek, teatr borykający się z pustawą widownią. Teatr Polski. Uratować ten teatr ma Andrzej Seweryn. Ale “Cyd” nie jest najlepszym spektaklem. Mało znaczący (ale pochodzący z obcego kraju) reżyser tworzy przedstawienie statyczne. Ma nas bawić mówienie aktorów do nas a nie do siebie. Ma zaciekawiać operowanie konwencjonalnym ograniczonym ruchem. Nie. Po prostu nie.
Znów festiwal pana B.
Elżbieta Penderecka jest niezniszczalna. Już nas zaprosiła na przyszłoroczny Festiwal Beethovenowski. A na razie w filharmonii (i troszkę w Zamku Królewskim), a więc w okrojonej nieco formie trwał nasz kolejny Festiwal Wielkanocny. Czasem zastanawiam się, czy ważniejsze są występy - doskonała orkiestra, świetni soliści, doskonały dyrygent i cudownie śpiewający chór, czy też publiczność, która ogląda kulturalnych celebrytów. Nie, nie będę wymieniał tych, których rozpoznałem w Wielki Piątek. Byłaby to bardzo długa lista, bardzo długa. A koncert był cudowny.
Jak w Paryżu
“Ateneum” to teatr repertuarowy. Taki poważny, odpowiedzialny przed Bogiem i historią, pokazujący znaczące przedstawienia, które pozostają w pamięci widzów i znawców teatru. Wystarczy znaleźć się w kawiarence teatralnej i popatrzeć na zdjęcia. Tylko że to już historia. Dziś typowa dla tego teatru jest składanka francuskich piosenek (Paryż o północy?) dobrze śpiewanych przez aktorów. Jest atmosfera, jest orkiestra na żywo, jest dobra scenografia. Oj, jak mi dobrze oglądało się całe widowisko. A gdy zapominałem, że nie jestem w “Syrenie”, tylko w “Ateneum”, byłem szczęśliwy.
Joanna Szalona
Jakoś nie przekonał mnie Maciej Nowak i jego program Spotkań Teatralnych. Nie przekonał mnie, iż warto bić się o bilety, poszukiwać wejściówek i zaproszeń. Kupiłem bilety na “Joannę” i to mi wystarczyło. Miałem rację. To przedstawienie też mnie nie zachwyciło. Nie, nie lubię pseudonowoczesności. Kostiumy dziwaczne, scenografia “oryginalna”, tekst nie przemawiający do widza takiego jak ja. Na dodatek aktorzy, którzy w swych rolach i kostiumach czują się wyraźnie źle. I grają jak na próbie. Na ich nieszczęście na ekranach pokazane jest tłumaczenie na angielski. Ile razy może być pokazywany tak zupełnie inna wersja dramatu? No i jeszcze ogólny sens. Nie, to raczej było bez sensu.
Mówimy prozą
To kolejny dobry rocznik studentów Akademii Teatralnej. Oni potrafią grać, potrafią mówić (także prozą). Potrzebują tylko dobrej reżyserii, dobrego kierowania. Niczego więcej. Tym razem się nie udało. Pan Jourdain to nie pierwszy lepszy bohater. Jego postać (może nieco na kolanie) stworzył sam Molier. Nie należy go lekceważyć. Bo moim zdaniem lekceważeniem autora i przy okazji bohaterów jest budowanie postaci pani Jourdain jako dewotki, jako kłótliwej, zrzędliwej kobiety. Lekceważeniem też jest unowocześnianie akcji - ot, choćby jakieś rapowanie. I ta straszna scenografia. Chyba nie wynika ona wyłącznie z koniecznych w AT oszczędności. Ale młodzi aktorzy są dobrzy, podobali mi się. I to cieszy.